×

Beziers z krótką wizytą w Wenecji, Monako, Barcelonie i Carcassonne

O samej jeździe na miejsce przeznaczenia już pisałam. Droga przez mękę. Z każdym kolejnym przystankiem byliśmy bardziej wymęczeni, spoceni i mieliśmy wszystkiego dosyć. Był sierpień i żar lał się z nieba. A na dodatek byłam w tym dziwnym wieku, w którym glany za kostkę uważało się za buty całoroczne. A mama mówiła, że to głupi pomysł.

Pierwszy przystanek - Wenecja
Miasto na wodzie budziło we mnie ogromną ciekawość. Wysiedliśmy z autokaru, przesiedliśmy się do tramwaju wodnego i na kilka godzin przenieśliśmy się do legendarnego centrum miasta.
A tam... tłum. Taki tłum, że ciężko było się przebić przez pl. Św. Marka. Po obejrzeniu tego, co było na liście dostaliśmy czas wolny. Wyciągnęłam brata z morza ludzi i poszliśmy szukać ciszy i spokoju przy bocznych kanałach.


Spokój faktycznie był, z ciszą trochę gorzej, ale na pewno był wszechogarniający zapach zgnilizny, wilgoci i ogólnego syfu. Usiedliśmy na drewnianym podeście podziwiając gondole, oboje skrzywieni jak maszkarony. I to ma być jedno z najbardziej romantycznych miast? Serio? Nie twierdzę, że jest tam tak cały czas. Nie oceniam go źle. Wtedy był po prostu koszmarny upał, a my byliśmy mocno zmęczeni po wielu godzinach w autokarze. Na pewno wrócę do Wenecji w okresie mniej obleganym przez turystów i być może wtedy zakocham się w tym mieście. Zobaczymy.


Drugi przystanek - Monako
Przepych, bogactwo, jachty, kasyna, bogactwo i jeszcze raz bogactwo. Byliśmy tam wieczorem. Miasto pięknie podświetlone. Liście palm szeleszczące na wietrze, klimatyczne uliczki i ogromne porty. W portach zacumowane jachty tak wypasione, że odebrało mi mowę. Ja, wychowana na żeglarstwie mazurskim, sześciometrową łupinką, bez żadnych mechanizmów pomocniczych. Tylko sznurki i siła własnych rąk. Ten widok był niesamowity. Nie mogłam oderwać oczu od lśniących kadłubów. Wiatr grający na wantach - muzyka dla mojego ucha. Nie obchodziło mnie największe kasyno, do którego nawet nie było szans wejścia, bo nikt nie miał ze sobą odpowiedniego stroju. Moja głowa wciąż była zwrócona w stronę portu.

Trzeci przystanek - Barcelona
W programie, jak zwykle miejsca, które należy odwiedzić. Wszystkie odhaczone dosyć szybko. Ja zapamiętałam Sagradę Familię, która swoim stylem architektonicznym wybija się ponad przeciętne katedry. Dla chętnych było wejście na samą górę, z czego oczywiście skorzystałam. Jak już pisałam, uwielbiam punkty widokowe. Kolejnym miejscem, które szczególnie mi się spodobało był Park Guell. Tam można w spokoju odpocząć od gwaru miasta. I do tego piękny taras ze wspaniałym widokiem, otoczony murkiem z mozaiką. Według mnie trzeba to zobaczyć.


Zaliczyliśmy również spacer po najbardziej znanej ulicy, Ramblas. Pamiętam, że ostrzegali nas przed złodziejaszkami. W tej okolicy dostaliśmy czas wolny. Ja, zachęcona małymi, cichymi uliczkami zaczęłam powoli oddalać się od grupy. Zrobiłam to tak skutecznie, że ich zgubiłam. A to były czasy, gdzie sms w roamingu kosztował 2 złote, a co dopiero rozmowy. Wiedziałam gdzie, mniej więcej mogę spodziewać się autokaru, więc wybrałam się na jego poszukiwania zagłębiając się w wąskie, chłodne uliczki. Tam nie spotkałam Japończyków z aparatami na szyi. Tam zobaczyłam kawałek prawdziwej Barcelony. Słyszałam głośne, nerwowe rozmowy, tak charakterystyczne dla tubylców. Widziałam małe kawiarenki, w których przesiadywali starsi Katalończycy. Nic nie było pod turystę. Nie będę udawać, że w ogóle się nie stresowałam, szukając autokaru, ale na szczęście się udało. Byłam więc bardzo usatysfakcjonowana samotnym spacerem.


Czwarty przystanek - Carcassonne
Największe w Europie średniowieczne miasto. I faktycznie, tam czuje się ducha historii. Od samego wejścia przez most zwodzony, na każdym kroku, mijając okazałe mury obronne. Niestety w sezonie dosyć popularne miejsce wśród turystów.


Dużo można tam spotkać kiczu - plastikowe miecze, zbroje, wszystko, żeby tylko wyciągnąć od ludzi trochę euro. Ale, jeśli przymknie się na to oko, to będąc tam można się poczuć jak w wehikule czasu. Przyznam, że nigdy nie lubiłam uczyć się historii, chyba, że dotyczyła mnie bezpośrednio. Jednak jej namacalne ślady, które utrzymały się do dziś, bardzo mnie interesują. Uwielbiam wyobrażać sobie, jak kiedyś żyli ludzie, co robili na co dzień, jak wyglądali, co jedli. A w tym miejscu można uruchomić wyobraźnie i wczuć się w średniowieczny klimat.

Beziers
Mieszkaliśmy na campingu, w czteroosobowych namiotach - domkach, które miały dwie osobne sypialnie. Do dyspozycji mieliśmy trzy baseny, toalety w osobnym budynku, sklep z super tanim winem w plastikowych, pięciolitrowych baniakach. Byli też młodzi, natrętni Francuzi, do których szybko nauczyłam się mówić magiczne słowa. I niedaleko była plaża. Wielka, piaszczysta plaża i ciepłe morze. Kiedy pierwszy raz poszłam przywitać się z wielką wodą była noc i było to oczywiście nielegalnie. Wymknęłam się z dwiema koleżankami tylnym wyjściem z campingu. Bo jak można przyjechać i nie przywitać się z morzem? Po drogowskazach szybko trafiłam na plażę, zdjęłam buty i hyc do wody. Cudowna, ciepła, nie to, co Bałtyk. Byłam wniebowzięta.
Kiedy następnego dnia poszliśmy całą grupą nie byłam już tak zadowolona. Po piasku trzeba biec, bo jego temperatura nie pozwala iść dostojnym krokiem. Potem chcesz się ochłodzić w wodzie, więc wbiegasz, dajesz nura i... Ratunku! Sól wyżera Ci śluzówki, a woda jest jak ciepła zupa. Wtedy przeprosiłam się z naszym zimnym morzem i doceniłam to, że można w nim normalnie pływać, a nawet nurkować, mimo chłodnego powitania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz