×

Islandia - Nieujarzmione królestwo Matki Natury

Islandia staje się coraz bardziej popularnym kierunkiem, chociaż, nie da się ukryć, nadal drogim. Lecąc bezpośrednio z Warszawy trzeba wydać około 2000 złotych. Wypożyczalnia samochodów też kosztuje swoje (bo własny środek transportu to mus, żeby przemierzać takie odległości). Ogólnie, żeby wybrać się tam samodzielnie trzeba mieć spory zapas gotówki. Ewentualnie swoje auto, namiot i jedzenie z Polski (ceny są wyższe niż u nas, więc zapas się przyda).
Ja wybrałam trochę tańszą wersję - wyjazd ze stowarzyszeniem podróżników. Ceny konkurencyjne, sprawy organizacyjne w miarę ogarnięte. Lżej na duszy, bo i odpowiedzialność mniejsza.
Lecieliśmy tanimi liniami, lotem łączonym z 16 godzinną przerwą w Londynie. 
Do Londynu z Luton dojechaliśmy busem linii National Express. Potem długi spacer Oxford Street, Baker Street. Tam spotkałam się z kumplem, który zaprowadził nas na pyszne jedzenie do Wagamamy. Po drodze zaliczyliśmy Big Bena, London Eye, spacer wzdłuż Tamizy. A o 23 spotkaliśmy się z resztą grupy na dworcu Victoria, żeby zrobić nocne zwiedzanie. Faktycznie, było pięknie. Szliśmy wzdłuż rzeki od Tower Bridge do London Eye. Nogi miałam tak obolałe i ciężkie, że nie chcę tego wspominać. Uwaga! W nocy w Londynie ciężko znaleźć otwarte toalety. Za to jest mnóstwo bezdomnych, wszędzie. 

Rano polecieliśmy do Rejkyaviku. Widok, jaki nas przywitał? Szaro, deszcz, chmury, wiatr - mało zachęcające. A za oknem auta? Pustkowia, pola magmowe, surowe góry, prawie w ogóle nie ma drzew. Groźna, nieprzyjazna przestrzeń. Człowiek może się poczuć jak drobinka piasku na plaży.
Mieszkaliśmy w wynajętym na 13 osób domku: 6 dwuosobowych sypialni, salon, kuchnia z dużą jadalnią, piękny taras z jacuzzi. I tylko dwie łazienki - koszmar całego wyjazdu i nasze małe pole bitwy.

A teraz przejdźmy do zwiedzania, a raczej zjeżdżania setek kilometrów. Mieszkaliśmy kilkanaście kilometrów od Selfoss na południowym-zachodzie. Mniej więcej po środku największych atrakcji. Pierwszego dnia, w oczekiwaniu na zameldowanie się w domku pojechaliśmy do jeziora Kerid w kraterze wulkanu. Krajobraz bardzo ciekawy, chociaż nie wiem, czy 400 koron za wejście to dobra cena.

Kerið - jezioro wulkaniczne w kraterze wulkanu Grimsnes

Ten dzień zaczęliśmy od wodospadu Skogafoss. Z klifu o wysokości 60 metrów, kaskadą o szerokości 25 metrów spada z hukiem rzeka Skoga. Można tam wejść po długich schodkach na górę. Panorama była mocno okrojona przez nisko wiszące chmury. Ale i tak imponująca.

Wodospad Skogafoss

Za to kawałek dalej, idąc do wraku samolotu mieliśmy słońce prosto w twarz. Tak... Tu w ciągu godziny mogą wystąpić wszystkie pory roku. Trzeba być na to przygotowanym.
Wrak Dakoty to pamiątka po awaryjnym lądowaniu z 1973. Samolot leciał z Hofn do Keflaviku. Co ważne, nikt nie zginął. Do wraku prowadzi ścieżka przez totalne pustkowie. Można się poczuć jak podczas misji na Marsie. Idziesz, idziesz i idziesz​ a wokół na horyzoncie widać góry, gdzieś daleko majaczy ocean. I tak przez niecałe 4 kilometry w jedną stronę. I nagle przed Tobą wyrasta wrak, znikąd. Jakbyś był kosmonautą i odkrył wioskę Marsjan na pustkowiu. A potem powrót ta samą drogą. Wiatr nieźle nas wysmagał. Bez czapki ani rusz!

Wrak Dakoty

Później podjechaliśmy do miasteczka Vik, gdzie 40% ludności to Polacy. Stąd też można pójść na spacer po czarnej plaży. Byłam tam chwilę, a czarny piasek wysypywałam z butów jeszcze na Luton. 
Wracając podjechaliśmy do kolejnego wodospadu - Seljalandsfoss. Można obejść go dookoła, podziwiając tęczę przy słupie wody. Ale radzę ubrać się w nieprzemakalne ciuchy, bo nieźle chlapie.
Słup wody spada z 60 metrów. Rzeka Seljalands ma początek na popularnym od niedawna wulkanie Eyjafjallajokul.

Wdospad Seljalandsfoss
Następnego dnia wybraliśmy się na zachodni fiord w stronę Parku Narodowego Snæfellsjökull. Droga była długa, po drodze kilka przystanków. Niestety pogoda nie do końca pozwoliła nam podziwiać okolicę. Zamiast najpiękniejszych, podobno fiordów były chmury. Po drodze, w zatoce, którą zamieszkują foki było tak szaro, że trudno było odróżnić głowę foki od kamienia. 
Przejaśniło się dopiero w Hellnar, gdzie podziwialiśmy klifowy brzeg i fale roztrzaskujące się o niego. 

Hellnar
Nieopodal oglądaliśmy jeszcze pola magmowe, z wysokości nieczynnego krateru wulkanu. Tutaj znów chmury nisko zawisły i widoczność była kiepska, ale i tak bardzo magiczna.

Pola magmowe
W Parku Narodowym próbowaliśmy znaleźć najpopularniejsze islandzkie ptaki - Maskonury. Zamiast nich poczuliśmy przeszywający, zimny wiatr i podziwialiśmy panoramę z klifów. Gdzie się nie spojrzało tam bajkowe obrazki. Długo nie wierzyliśmy, że Maskonury istnieją. 





Kolejny dzień to były punkty, które po prostu trzeba zobaczyć, chyba najbardziej typowe dla Islandii. Po pierwsze wodospad Gullfoss. Absolutnie fantastyczny. Jadąc przez pustkowie znajdujesz dziurę w ziemi, a tam, według mnie najpiękniejszy i najgłośniejszy wodospad, który widziałam w życiu. Leży on na rzece Hvita i składa się z dwóch kaskad, 11 i 21-metrowej. Przepływa przez niego 400 metrów sześciennych wody na sekundę. Coś niesamowitego!

Wodospad Gullfoss
Następne na liście były gejzery. Najpopularniejszy i największy kiedyś Geysir dziś wyrzuca wodę raz na 48 godzin i tylko na 8 metrów. Nie zawiódł nas za to leżący obok gejzer Strokkur, który wybucha co 5-10 minut, na wysokość około 30 metrów. Dzieje się to nagle, więc wokół niego stoi wianuszek ludzi z aparatami przy oku i palcem na spuście migawki. Wygląda to zabawnie, ale ile to radości, kiedy uda się złapać ten kulminacyjny moment.

Gejzer Strokkur
Tego dnia odwiedziliśmy też teren Parku Narodowego przy Pingvellir - miejsce historycznych obrad parlamentu islandzkiego. Na tym terenie znajdują się rzeki, wodospady, uskoki skalne, wąwozy, a nawet, uwaga, drzewa! Wspaniale się spaceruje po tym miejscu. Jest tu też letnia siedziba premiera Islandii - kilka drewnianych domków i kaplica. My trafiliśmy na totalnie nieislandzką pogodę. Błękitne niebo, pełne słońce, 20 stopni. Żyć, nie umierać. Ten dzień był chyba najlepszy pod kątem pogodowym i miejsc, w które przyjechaliśmy.



Kolejnego dnia wybraliśmy się do stolicy, żeby z tamtejszego portu wyruszyć na poszukiwania wielorybów. Wsiedliśmy na duży statek, posiadający trzy poziomy. Dostaliśmy jednoczęściowe, ciepłe ubrania, które chroniły nas przed, naprawdę zimnym wiatrem i ruszyliśmy. Kiedyś już wspominałam, że uwielbiam wodę i wszystko, co jest z nią związane, więc byłam w siódmym niebie, kiedy coraz bardziej oddalaliśmy się od brzegu. Wypłynęliśmy na obszar, gdzie wieloryby przypływały na śniadanie i czekaliśmy. Doczekaliśmy się, tak jak i inne statki. Wyglądało to trochę jakbyśmy polowali. Cóż, wolę trochę mniej tłoczne imprezy, ale widok wieloryba był wspaniały. Do tego dwa gatunki delfinów, które płynęły równo z nami i dosyć dużo Maskonurów. Szczerzę przyznam, że nie starałam się specjalnie robić zdjęć, na których widać wieloryby, czy delfiny. Wolałam sobie popatrzeć. 

Oglądanie wielorybów
Po rejsie poszliśmy na spacer do miasta. Nie jest ono zbyt duże, porównując inne stolice. Jest za to przestronne. Domy są raczej niskie, kolorowe i prawie wszystkie mają duże okna. Spacerem przez starszą część miasta doszliśmy do Hallgrímskirkja - górującego nad miastem betonowego kościoła, na którego 73-metrowy szczyt można wjechać windą. W środku kościół jest surowy, a dzięki dobrej akustyce odbywają się w nim koncerty organowe.

Pomnik przedstawiający łódź wikingów
Dzień następny to był prawdziwy trekking w górach, w okolicy miasteczka Hveragerdi, którego celem była kąpiel w ciepłej rzeczce. Ja byłam najbardziej zadowolona z samej wędrówki do celu. W jedną stronę jest około 3,5 km. Początek jest trochę pod górę, co niektórych odstrasza i wywołuje lekką panikę. Ale spokojnie. Po dość stromym podejściu droga jest idealna, przyjemnie pofalowana, poprzecinana rzeczką, wije się między gorącymi jeziorkami. U celu są zbudowane pomosty wzdłuż rzeki, a nawet przebieralnie. Woda ma temperaturę idealną do kąpieli.



Po trekkingu pojechaliśmy do najsławniejszego na Islandii miejsca - Blue Lagoon. Wielkie kąpielisko geotermalne, w którym jest woda morska zawierająca wiele minerałów, pochodząca z wnętrza ziemi. Jej główne zadanie to chłodzenie turbin elektrowni geotermalnej nieopodal. Woda zawiera dużo krzemionki. Dodatkowo dostępne są maski do twarzy i ciała z krzemionkowego błota. Po przekroczeniu bramki w Blue Lagoon można przebywać 3 godziny (w tym dwa prysznice i suszenie). Islandczycy bardzo zwracają uwagę na to, czy ludzie kąpią się przed wejściem. Pracują nawet osoby, które tego pilnują. Na terenie kąpieliska są dostępne sauny, grota, w której można posłuchać o historii tego miejsca, bar, oraz dla tych, którzy wykupili droższy pakiet spa z pełną gamą zabiegów. Blue Lagoon jest wyjątkowe. Pejzaż mlecznoniebieskiej wody pośród czarnych skał magmowych wygląda nieziemsko.

Blue Lagoon
Po drodze do domu zajrzeliśmy jeszcze w miejsce zetknięcia płyt tektonicznych. Jest to bardziej symbol, bo wiadomo, że płyty przecinają się na odległości wielu kilometrów. Jest tam mostek łączący płytę euroazjatycką i północnoamerykańską. 


Ostatniego dnia czekała nas wisienka na torcie - wyprawa do Jokulsarlon - lodowego jeziora. Po drodze mijaliśmy ogromne tereny, którymi rządzą wciąż aktywne lodowce i wulkany. Czoło lodowca było na wyciągnięcie ręki. A na miejscu krajobraz absolutnie zapierający dech w piersi. Kawałki lodowca, czyli małe góry lodowe pływające po wodzie. Kolory od szarego, przez biały do błękitnego, w zależności od wieku konkretnej bryły. Dodajmy, że kolory, jakie widzimy to złudzenie, bo lód jest przezroczysty. W ramach atrakcji przepłynęliśmy amfibią po jeziorze towarzysząc fokom. Nawet dostaliśmy kawałek lodu do ręki. 

Jokulsarlon
Jak mogę podsumować cały wyjazd? Na pewno warto odwiedzić to miejsce. Szczególnie Ci, którzy lubią żyć w zgodzie z naturą. A pasjonaci geografii, czy geologii powinni zobaczyć ten kraj bezwzględnie. Tutaj nie ma mowy o ingerencji człowieka w krajobrazy. Tu człowiek musi się dostosować.

Kilka porad technicznych:
- Absolutnie potrzebny jest własny środek transportu i najlepiej kilku kierowców, bo drogi są dosyć monotonne i łatwo przymknąć oko
- Polecam noclegi w różnych miejscach, bo dojazdy z jednej bazy zabierają za dużo czasu. Jeśli miałabym jechać po raz drugi to tylko i wyłącznie namiot (można rozbijać się prawie wszędzie) 
- Jedzenie jest dosyć drogie. Na drugi raz przywiozłabym więcej z Polski. Trzeba się zastanowić, czy lepiej polecieć z bagażem rejestrowanym i wrzucić do niego więcej jedzenia, czy zaoszczędzić na bagażu i wydać na droższe produkty
- Trzeba być przygotowanym na zaskakujące zmiany pogody. Przeciwdeszczowe kurtki i spodnie to mus, tak jak wiatrówka, czapka i okulary słoneczne, bo słońce jest silne, jak już się pojawi. Ja miałam jeszcze kurtkę puchową, ale to dlatego, że nie jestem fanem mroźnych klimatów i wolałam się zabezpieczyć

Także drodzy podróżnicy, jedźcie do królestwa Matki Natury i podziwiajcie jej dzieła. Na pewno nie pożałujecie!

2 komentarze:

  1. Islandia to jeden z wielu planów na przyszłość, mam nadzieję, że się uda tym bardziej, że w moim przypadku może być nieco łatwiej z uwagi na to, że moi dobrzy znajomi mieszkają w Reykjavíku ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie korzystaj! :) Według mnie Islandia powinna się znaleźć na liście każdego podróżnika. Jest taka surowa i przez to magiczna.

      Usuń