×

Erasmus - Wycieczki po Sao Miguel

Przebywając na wyspie tyle czasu nie sposób było nie zauważyć, jak piękna przyroda nas otacza. Dlatego, korzystając z różnych okazji jeździłyśmy po wyspie czym się dało. 
Nie pamiętam już, gdzie po kolei byłyśmy, ale postaram się przedstawić to w miarę składnie.

Furnas

Miejscowość znana ze źródeł termalnych i wysoko zmineralizowanej, rudej wody w ciepłych strumieniach. Pojechałyśmy tam w weekend, korzystając z zaproszenia naszej portugalskiej koleżanki - Suzette. Wpakowała nas (razem z suszonym, śmierdzącym bacalhao) do swojego Nissana Micry i z zacięciem kierowcy rajdowego pognała przed siebie. Po drodze zatrzymywałyśmy się na pięknych punktach widokowych (miradouro) nad jeziorem, oceanem i na wzgórzach. Przy okazji opowiadała różne historie związane z wyspą. 


Kiedy dojechałyśmy do Furnas zaprowadziła nas do ujęć wody źródlanej (na tabliczkach wypisane było jaka to woda i jakie choroby leczy). Wszędzie naokoło unosiła się para i typowy zapach siarki. Widok niezapomniany, trochę mroczny. 



Nad jeziorem były miejsca geotermalne, w których ludzie gotowali różne potrawy, wsadzając garnek do dołka i szczelnie zasypując go ziemią. Taka tradycja. 


Po objechaniu turystycznego Furnas Suzeette zabrała nas do mniej znanej ciepłej rzeczki w rudym kolorze, z grotą i małymi basenami (wszystko bezpłatnie). Nie zastanawiając się długo wskoczyłyśmy w kostiumy i weszłyśmy do wody. Najpierw trochę się pogrzałyśmy, później wysmarowałyśmy się rudą glinką licząc na efekt upiększający.



W drodze powrotnej Portugalka zostawiła nas na przystanku autobusowym, bo sama jechała do rodziny, w głąb wyspy. Na Sao Miguel nie ma rozkładów jazdy. Każdy autobus, czy busik jeżdżą jak chcą. Może to dlatego, że ludziom tu się wcale nie spieszy. Czekałyśmy dosyć długo. A jazda powrotna była przeżyciem ekstremalnym. Na wyspie obowiązuje jedna zasada - nieważny jest hamulec, ważny jest klakson, więc podjeżdżając do skrzyżowania trąb głośno, ale przypadkiem nie zwalniaj. Cóż, przeżyłyśmy.


Kolejnym razem, kiedy zdecydowałyśmy się same pojechać i pomoczyć się w ciepłych źródłach tak długo czekałyśmy na autobus powrotny, że postanowiłam użyć swojego magicznego kciuka. Zatrzymało się czarne, sportowe auto z ciemnymi szybami. Raz się żyje. Wsiadłyśmy. Tam Portugalczyk mówiący po angielsku z amerykańskim akcentem. Wyglądał co najmniej podejrzanie. Po drodze zabrał swojego kolegę, równie podejrzanego. Zrobiliśmy też przystanek pod jego domem, gdzie wyskoczył nakarmić swojego psa bez nogi suchymi bułkami. Widok był niecodzienny, ale twardo siedziałyśmy w aucie. Na początku mówił, że podrzuci nas do większego miasteczka po drodze - Vila Franca do Campo. Jednak z upływem kilometrów i coraz ciekawszymi opowieściami z jego życia zdecydował, że zawiezie nas pod sam dom. Tego nie chciałyśmy, bo nie należy aż tak kusić losu, więc wysiadłyśmy koło dużego marketu. Cieszyłyśmy się, że podejrzany typ nic nam nie zrobił, a wręcz okazał się sympatyczny i bardzo rozmowny. Jedna przestroga - nie należy rozmawiać o narkotykach. To za ciężki temat.



Lagoa do Fogo (jezioro ognia)

Którejś soboty balowałyśmy do późnych godzin porannych. Kiedy dotarłyśmy do akademika usłyszałyśmy że ktoś stoi pod naszym balkonem i nas woła. To był kolega Turek, który proponował spacer nad jezioro, na plażę (tak to właśnie nazwał!). Byłyśmy nieco zmęczone, ale plaża i woda brzmiały kusząco. Niewiele myśląc spakowałyśmy szybko plecaki i byłyśmy gotowe do drogi. Okazało się, że idzie nas 15-20 osób. Najpierw wsiedliśmy w autobus, który wysadził nas przy bocznej drodze idącej pod górę. Nie za bardzo nam się to spodobało, więc szybko złapałam nam stopa. Pickup zabrał co najmniej 10 osób. Niektórzy byli bardzo uradowani, bo pierwszy raz jechali stopem. Auto dowiozło nas wysoko w góry. Myślałyśmy, że jezioro będzie niedaleko. No cóż, należało pamiętać, że to wyspa wulkaniczna, a jeziora znajdują się w kraterach wygasłych wulkanów. Było za późno, żeby się wycofać. Więc w bardzo górskim obuwiu (trampkach) i jeszcze na rauszu poddałyśmy się temu spacerowi. Było pod górę, było po błocie, było ciężko, ale za to bardzo wesoło. 


Nad jezioro dotarliśmy po mniej więcej 2 godzinach. Plaża była, owszem, kamienista. Ja wykorzystałam kawałek trawy, kocyk i zapadłam w drzemunię, która miała mi dać energię na powrót. 


A droga powrotna była bajeczna. Szliśmy wzdłuż szczytu wulkany z widokiem na wyspę. Ani przez chwilę nie żałowałyśmy, że zdecydowałyśmy się na taki spacerek. Może poza momentem, kiedy zabrakło nam wody. Było bosko. 



Kiedy doszliśmy do asfaltu złapałam sobie stopa, ponieważ nogi odmówiły mi współpracy (trampki oraz rumień guzowaty, który atakował mi stawy i był bardzo bolesny). W aucie dwójka Finów (tak, tak, złapać stopa na środku oceanu, a tam ludzie z zupełnie innego krańca Europy). Pogadaliśmy trochę, poopowiadaliśmy. To była bardzo sympatyczna przejażdżka. 

Sete Cidades

Któregoś pięknego dnia postanowiłyśmy zrobić jakąś dalszą wycieczkę. Ania nie czuła się najlepiej, więc ruszyłyśmy same z Kingą. Zaczęłyśmy od podjechania busikiem na wylotówkę z miasta, a tam używałyśmy mocy naszych kciuków. Za cel obrałyśmy Sete Cidades - miasteczko na dnie wulkanu, obok którego znajdują się malownicze jeziora, jedno niebieskie, drugie zielone. 


Okazało się, że jazda na stopa nie jest zbyt popularna na wyspie i że wcale nie jeździ tu tak dużo samochodów. Ale powoli przemieszczałyśmy się w wybranym kierunku. Z ciekawszych środków transportu trafiłyśmy do pickupa wiozącego dwa cielaki. Mój vege umysł nie chciał wiedzieć, gdzie jadą. Po niemałym trudzie, kilku samochodach i wielu kilometrach na piechotę dotarłyśmy do miasteczka. Najpierw podziwiałyśmy widok z góry. Potem pochodziłyśmy po miejscowości, w której nie było żywego ducha. Były za to piękne, zadbane ogrody. Wyprawę uznałyśmy za udaną i rozpierała nas duma, że dałyśmy radę, nie zgubiłyśmy się po drodze i nie czekałyśmy zbyt długo na kolejne podwózki. 


Pozostałe wycieczki w dalszych postach: świąteczna wyprawa cz I i świąteczna wyprawa cz II.
Działo się dużo i dużo zobaczyliśmy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz