×

Erasmus - Świąteczna wyprawa dookoła wyspy, dzień III i IV

Po przeżyciach dnia poprzedniego postanowiliśmy pojechać w rejony, które już znałyśmy, czyli do Furnas. Po drodze zatrzymywaliśmy się w mniejszych miejscowościach z pięknymi widokami. Między innymi miasteczko z typowo azorską zabudową.


Naszą uwagę przyciągnął cmentarz wyglądający trochę inaczej niż nasz, chociaż Portugalczycy to 
w większości katolicy. Różnica polegała na tym, że na grobach nie było tabliczek z imionami 
i nazwiskami zmarłych, a jedynie numery. Strasznie to bezosobowe i nam, Polkom źle się kojarzyło.
Odwiedziliśmy kościółek nad Lagoa Seca - jeziorem położonym w środku wyspy, pośród szczytów wulkanów. 


Później pojechaliśmy nad jezioro w Furnas, żeby odwiedzić wody termalne. Pokręciliśmy się nad jeziorem, podziwialiśmy widoki, powciągaliśmy siarkowe powietrze. Dalej ruszyliśmy do naszej ulubionej groty z ciepłą wodą i pogrzaliśmy się trochę. Ludzi nie było zbyt wielu, bo większość wybiera baseny w centrum Furnas, które są płatne i bardzo komercyjne. My jednak chcieliśmy mieć ciszę i spokój. 



Jako, że to była Wielka Sobota to odwiedziliśmy też kościół z grobem Jezusa. I to też znacznie różniło się od polskiego, wielkosobotniego grobu. Kościół był udekorowany weselej, jakby w oczekiwaniu na Wielkanoc. Może wynika to z różnicy usposobienia Portugalczyków, może z innych powodów - nie wiem. W każdym razie nie było łatwo, bo musiałyśmy wytłumaczyć naszym Turkom o co w ogóle chodzi w świętach wielkanocnych. Fatma poszła nawet z nami na mszę. Zapomniałyśmy tylko powiedzieć jej, że pójście do komunii to nie jest dobry pomysł. Tutaj opłatek dają do ręki. Szczerze, nie wiedziałyśmy, co ma z nim zrobić, kiedy przyniosła go uradowana. Tak to już jest, kiedy towarzystwo jest podzielone kulturowo i religijnie. Dlatego tolerancja jest niezwykle wskazana podczas podróży.


W Wielkanoc chciałyśmy pojechać w jakieś bardzo urokliwe miejsce, żeby tam zjeść śniadanie. Nie mogło zabraknąć jajek i sałatki jarzynowej. Z sałatką wiąże się jedna ciekawostka. Kiedy poszłyśmy do największego marketu w okolicy, żeby kupić produkty na świąteczne potrawy miałyśmy problem ze zlokalizowaniem selera. Bo przecież sałatka bez selera nie byłaby dobra. Po przekopaniu całego działu ze świeżymi warzywami znalazłyśmy jedną sztukę. Dumne ze znaleziska poszłyśmy do kasy, 
a tam kasjerka pyta: "Co to jest" - wskazując na seler. "Jak to co? Seler". "Ale seler to zielone łodygi, to jest korzeń, którego nie sprzedajemy, nie mam jak go wbić na kasę". "A nie może pani wbić jako ziemniak?". Uwierzcie, że to nie było proste. Pani kasjerka zawołała swoją przełożoną, ona swojego przełożonego i po 10 minutach dyskusji nabiły na kasę odpowiednią kwotę. W życiu nie przypuszczałyśmy, że zrobienie sałatki będzie takim wyzwaniem.

Pojechaliśmy za Nordeste. Tam znaleźliśmy punkt widokowy z odpowiednim stołem i zaczęliśmy rozkładać nasze śniadanie. Opowiedzieliśmy Turkom czemu dziś świętujemy, pokazałyśmy wielkanocne zabawy, które bardzo im się podobały i zabraliśmy się za jedzenie. Było nam trochę smutno, że jesteśmy tak daleko od domu w święta. Ale z drugiej strony, czy kiedykolwiek w życiu będziemy mieć szansę jeść sałatkę jarzynową w Wielkanoc z widokiem na ocean? Coś za coś...
A jeżeli chcecie poczytać o pierwszej części wyprawy świątecznej to zapraszam tutaj.



A teraz małe podsumowane całego Erazmusa. 
Na początku bałyśmy się jechać, nie wiedziałyśmy co nas czeka, ledwo rozumiałyśmy, co ludzie do nas mówią i same nie byłyśmy zbyt gadatliwe. Nie było łatwo zamienić pokoje, dogadać się w biurze współpracy z zagranicą. Musiałyśmy zapoznać się z miastem, tym, co możemy znaleźć w sklepach, pogodzić się z tym, że Portugalczycy nigdy się nie spieszą. Ale też byłyśmy miło zaskoczone ich gościnnością, chęcią pomocy. Nawet nasz znajomy pan żul, którego nie raz spotykałyśmy na naszej drodze był przesympatyczny i chętnie dzieliłyśmy się z nim tym, co akurat miałyśmy. Nauczyłyśmy się jak walczyć o swoje, jak przełamywać bariery, jak cieszyć się życiem. Wróciłyśmy do domu z nowymi doświadczeniami i gronem wspaniałych znajomych. 


Ciężko było mi wrócić do szarej, polskiej rzeczywistości, chociaż walkę z uczelnią zaczęłyśmy od razu po powrocie (pani z dziekanatu nie rozumiała, że nie dostanie dokumentów po polsku z naszego azorskiego uniwersytetu - chyba nie muszę tego komentować). Czułyśmy się jak w bajce "12 prac Asterixa". Do ostatniego dnia przed losowaniem oddziałów na egzamin dyplomowy nie wiedziałyśmy, czy nas dopuszczą. Miałyśmy wszelkie zaliczenia, egzaminy z przedmiotów, z których normalni studenci zaliczali obecnością. Ale papierkologia się nie zgadzała. W końcu w furii odwiedziłam wszystkie pokoje na piętrze naszego wydziału w rektoracie i znaleźli się ludzie, którzy nam pomogli. Nie była to łatwa walka, ale udało się skończyć uczelnię, zdobyć dyplom. 
A wspomnienia pozostały na zawsze. W niektórych obudził się duch podróżnika, którego żadnym sposobem nie dało się wygonić i do dzisiaj trwa pasja podróżowania. Inni wybrali życie bardziej odpowiedzialne zakładając rodziny i wychowując kolejne, wspaniałe pokolenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz