×

Erasmus. Czyli co wywróciło moje życie do góry nogami?

Pewnie nie raz słyszeliście o programie Erasmus. A może spotkaliście w swoich miastach zagranicznych studentów przylatujących na parę miesięcy, żeby pouczyć się w Polsce. 
O Erazmusie powstał też film "Smak życia", zresztą jeden z moich ulubionych.
W internecie można znaleźć dużo o tym programie, więc ja nie będę się powtarzać. Opowiem, jakie są moje wrażenia, czemu po powrocie nie mogłam usiedzieć na miejscu, jak spędzałam czas i jak, 
w ogóle doszło do tego, że się znalazłam kilka tysięcy kilometrów od domu.

Początek
Moja bardzo dobra kumpela z grupy na studiach któregoś dnia zagaiła, że może byśmy pojechały 
na Erazmusa. Jej kuzynka była w Finlandii i było fantastycznie. Moja pierwsza myśl? Finlandia = zimno. Ale nie tylko północ była do wyboru. Zaczęłyśmy rozmyślać gdzie byśmy chciały pojechać. Była jeszcze Holandia, ale wspólnie stwierdziłyśmy, że to za blisko. Była Turcja, ale to zbyt odmienny kulturowo kraj. I była Portugalia. Tak, to było to. Albo Lizbona, albo wyspy Azorskie. 
A co tam, jak już jechać to najdalej, jak się da! I taki był początek największej i najwspanialszej przygody mojego życia.

Zebrałyśmy potrzebne dokumenty, a było ich naprawdę sporo. Liczyła się średnia (nie miałyśmy złej), działalność dodatkowa na uczelni (niech żyje SKN chirurgii), działalność poza uczelnią (brawo dla PCK, HOPRu, WOŚPu), znajomość języków (angielski, francuski). Dodatkowo dużo innej, potrzebnej papierkologii (ciekawe, czy kiedyś ktoś stworzy kierunek podaniologia stosowana?).
Z teczką pełną dokumentów poszłyśmy do biura współpracy z zagranicą, porozmawiałyśmy chwilę 
z siedzącymi tam paniami i zostawiłyśmy im nasze skarby. Musiałyśmy to zrobić przed końcem roku akademickiego. Potem zostało czekanie na werdykt. Dość długie czekanie. Ale udało się. 
Pani w biurze poszła nam na rękę. Początkowo przydzielili nas na dwie różne wyspy, my chciałyśmy razem. Nasze namowy i prośby odniosły efekt. Wiedziałyśmy, że w lutym lecimy do Ponta Delgada, na Azory. Moja radość nie znała granic. Absolutnie nie mogłam się doczekać. A im bliżej wyjazdu, tym bardziej się stresowałam. Ze stresu aż się rozchorowałam i to nie na byle co. Mononukleoza męczyła mnie przez 3 tygodnie. Z gorączką około 40 stopni zdawałam egzaminy w zimowej sesji. 
Do samego końca nie wiedziałam, czy polecę. Ale jestem uparta i poleciałam.

Pierwsza podróż samolotem
Kupić bilet na Azory nie było wtedy łatwo a tym bardziej tanio. Nikt nie marzył o tanich przewoźnikach lecących w tamte rejony. Po różnych perypetiach z zakupem miałyśmy bilety. Zaczynałyśmy z Okęcia, w połowie lutego, o 6 rano. Później Monachium, Lizbona i późnym wieczorem Ponta Delgada. 
Na lotnisku byłam przed 4, jak przykazały instrukcje dla pasażerów. Ja i mój trzyosobowy komitet pożegnalny czekaliśmy na Anię, której transport trochę nawalił. Kiedy wpadła do hali odlotów miałyśmy mało czasu na pożegnanie z bliskimi. Chwyciłyśmy nasze wielkie walizy i pognałyśmy 
do bramek. Przed kontrolą bagażu podręcznego przypomniałyśmy sobie, że mamy ostrza od skalpela w portfelach. Taki tam drobiazg. Kontrola trochę trwała i aż mnie zamurowało, kiedy usłyszałam nasze nazwiska przez głośnik. Biegiem poleciałyśmy do naszego gate'a i wsiadłyśmy do autobusu. Ludzie patrzyli na nas tak, jakby, co najmniej chcieli nas spalić na stosie. Ale grunt, że byłyśmy tam gdzie trzeba i że nasza przygoda się naprawdę zaczyna.

Pierwszy lot był średnio przyjemny. Mały samolot (układ siedzeń 2-2), więc czuć było wszystkie wstrząsy. Byłam w za dużym szoku, żeby zapamiętać dokładnie, co wtedy czułam. Pamiętam ten moment, kiedy koła samolotu oderwały się od ziemi. "Wow! Naprawdę lecimy!!!". 
W czasie lotu było trochę drzemki, było śniadanie (wtedy jedzenie było w cenie biletu - co za czasy), były też zdjęcia szczytów Alp. Co to był za widok!
A potem była przesiadka. Lekko zdezorientowane znalazłyśmy odpowiedni gate i zajęłyśmy krzesełka, żeby złapać trochę snu. Na tamtym lotnisku nasze Okęcie wydało mi się takie malutkie.
Kolejny lot był już większym samolotem (układ 3-3). Dostałyśmy lunch i po paru godzinach wylądowałyśmy w Lizbonie. Jaka była moja radość, kiedy poczułam powiew ciepłego powietrza wychodząc na płytę lotniska. Powoli zaczęłyśmy zdejmować warstwy. 
W Lizbonie byłyśmy jeszcze bardziej zagubione. Szukałyśmy naszego lotu na tablicy, a tu jakiś dziwny terminal, jakiś gate, który nie pasuje do reszty. Długo główkowałyśmy, aż w końcu ktoś 
z obsługi, widząc dwie zmartwione blondynki, powiedział nam, że nasz terminal jest na drugim końcu lotniska i zawiezie nas tam autobus. Uf, trafiłyśmy. Czekałyśmy na otwarcie bramki, kiedy 
do naszego małego terminala podjechał gigantyczny samolot (układ 3-4-3). Robił wrażenie. Linie lotnicze Sata były jedynymi, które wtedy dolatywały na Azory. Jedynymi, a co za tym idzie, koszmarnie drogimi. Ale nie było wyjścia. Wsiadłyśmy do tego giganta i zajęłyśmy miejsca. 
W czasie lotu nie odczuwało się żadnego szarpnięcia. Nie ma co, to był najwygodniejszy lot.




W Ponta Delgada byłyśmy późno w nocy. Na lotnisku czekał na nas kierowca, który zawiózł nas 
do akademika. Wysiadłyśmy i oczom nie wierzyłyśmy. Co to były za dziwne konstrukcje. Cztery budynki wyglądające trochę jak statki kosmiczne ze Star Wars. Każda z nas dostała klucz do pokoju (dodam, że każda do innego, w innym budynku). To nam się nie spodobało. 



Pokoje były dosyć małe. W przewężeniu nie dało się nawet rozprostować rąk. A do tego wszystko w pokoju było zrobione z szarej płyty. Co za koszmar. W moim pokoju zastałam totalny bałagan, jakby przeleciało tornado. Nie byłam zadowolona, a nawet histerycznie spanikowana. Po tak długiej 
i męczącej podróży nie tego się spodziewałam. Wtedy, jakby ktoś dał mi do ręki bilet powrotny, to w minutę byłabym gotowa do drogi. Moi rodzice po dziś dzień wypominają mi rzewne smsy.
A jak było później, to już inna sprawa...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz