×

Erasmus - Życie codzienne



Zacznijmy od tego, że przyjechałyśmy w złym momencie. A to dlatego, że był karnawał. W czasie karnawału uczelnia ma wolne, 
ludzie z akademika jadą do domu, ulice są puste. Co robić? Otóż można próbować zamienić się na pokoje, żeby być ze swoją kumpelą. 
To nie była łatwa sprawa. Najpierw udało się nam trafić do jednego bloku (budynku). Ania wpadła w sidła Portugalki - wariatki, 
a ja do kolejnego pustego pokoju, tym razem z balkonem i widokiem na ocean. W pokoju był porządek, było przytulnie, więc 
i ja czułam się lepiej. Ale walczyłyśmy dalej. Z pomocą jeszcze jednej Polki - Kingi, która mieszkała w pierwszym bloku udało nam się. 
Po dwóch tygodniach koczowania, dzięki miłej i uczynnej Portugalce dostałyśmy jeden pokój. Do tego miałyśmy Kingę tuż obok.
Zaczęły się wspólne śniadanka, obiady, spacery po okolicy, wieczorne wyjścia. 
Robiło się coraz bardziej sympatycznie. SMSy do rodziców już nie były takie rzewne i rozpaczliwe. 


Czas, w którym nie miałyśmy zajęć spożytkowałyśmy na zwiedzanie okolicy i ogarnięcie co?, gdzie? i jak? Sprawdziłyśmy 
gdzie mamy najbliższe sklepy, jak dojść do uczelni, nad ocean, jak wygląda nocne życie? Zatrzymywałyśmy się w kawiarniach 
na najpyszniejszą i naprawdę mocną kawę za 50 centów. Zbadałyśmy co to takiego vinho verde i że za picie na murku przy 
oceanie nikt nie wlepi nam mandatu.
Poza tym podziwiałyśmy wszystko dookoła - zabudowę, która nie dość, że ładna, to nie przytłaczała swoją wielkością, kwiaty 
w przydomowych ogródkach, które u nas można dostać tylko w kwiaciarni, jedzenie, które rosło na drzewach (mandarynki, 
avocado, banany). Ludzie byli bardzo mili, bardzo pomocni i, choć nie zawsze znali angielski to zwykle udawało nam 
się dogadać (niech żyją kalambury!). Znalazłyśmy swoje ulubione miejsce z widokiem na skałę i ocean, w sąsiadującej 
miejscowości Sao Roque.


Ale, żeby nie było tak różowo to musiały być też jakieś problemy. Największym była sprawa stypendium, które powinnyśmy 
dostawać od rodzimej uczelni. Codziennie sprawdzałyśmy, czy już nam wpłacili kasę na konta i... niestety. Dobrze, że rodzice 
czuwali, żebyśmy nie chodziły głodne.
Uczelnia przez cały okres Erazmusa zawalała sprawę finansów. Co z tego, że po powrocie dostałyśmy zwrot, skoro na miejscu, 
tu i teraz były nam potrzebne euro? Cóż, poradziłyśmy sobie. Na szczęście w cieplejszych krajach jedzenie rośnie dookoła, 
a i obiad w uniwersyteckiej stołówce za 2,40 był naprawdę pyszny i syty. 


Po dwóch tygodniach obijania się ruszyły zajęcia. Portugalski dla obcokrajowców, gdzie nauczycielka nie znała słowa po angielsku. 
Uratował nas francuski. Nie ma to jak tłumaczyć Japończykowi po angielsku gramatykę portugalskiego, wcześniej prosząc 
nauczycielkę o wytłumaczenie jej po francusku. Istna wieża Babel. Japończyk był bardzo zdziwiony, że Polacy znają języki obce.


Zaczęłyśmy również praktyki w szpitalu i opiece domowej. Szpital, jak nie - szpital - ładny, zadbany, nie śmierdzi. 
Na oddziałach sprzęty jednorazowe i opatrunki o jakich w Polsce jeszcze się nie mówiło.
Opieka domowa, na zasadzie gabinetu na kółkach. Zespoły mające swoje strefy na wyspie, odwiedzające pacjentów tyle razy 
w ciągu dnia, ile było trzeba. Nikt nikogo nie pogania, pracownicy szkolą rodziny opiekujące się pacjentami. Było tam dużo 
uśmiechów, żartów, miłych słów. Zupełnie inna ochrona zdrowia niż u nas. Serce rosło, buzia się śmiała. Był szacunek i zaufanie.
Nawet do niebieskookich blondynek, które wyglądały, jakby urwały się z innej planety.
Tak można pracować :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz