×

Erasmus - Where is the party?

Ludzie, rozrywka, ulubione miejsca...



W Ponta Delgada można było spędzać czas na wiele sposobów. Poza spacerami bliższymi i dalszymi, opalaniem na plaży, bądź na naszej ulubionej skale, siedzeniem w knajpkach z kawą, lub z winem można było dokształcać się na uczelni (lekcje portugalskiego), oraz wychodzić wieczorami na miasto z naszymi nowymi znajomymi z całego świata. 
Bardzo szybko zaznajomiłyśmy się z mieszkańcami akademika. Wystarczyła jedna impreza karnawałowa 
i jedna butelka Żubrówki (oj słabe mają głowy, słabe). Początkowo bariera językowa była ogromna. U mnie była to kwestia lęku przed wygłupieniem się. Nie byłam nigdy dobrym mówcą w żadnym języku. 
Ze zrozumieniem nie miałam problemów (chyba, że rozmawiałam z Grekiem i Włochem - ich angielski był  co najmniej trudny). Ale jakoś trzeba było się porozumieć. Parę imprez i bariery poznikały, u wszystkich. 



Jeśli chodzi o obcokrajowców, to było kilka grup i kilka podziałów. Po pierwsze nie wszyscy byli 
z Erazmusa. Byli też ludzie z innych programów, czy wolontariatów (np. Da Vinci). Jak również były grupy związane z narodowościami. Francuzi i Hiszpanie, Rumuni, Czeszka i Słowaczki, Turcy, Włoch i Grek (nie wiem czemu akurat oni się dobrali), my (starałyśmy się integrować ze wszystkimi, ale później trzymałyśmy się Portugalczyków i Turków), Austriaczki i Niemiec. Niektórzy z nich razem wynajmowali domy, 
bo okazało się to bardziej opłacalne niż akademik. W Ponta Delgada poznałyśmy też dwie Polki związane 
z Portugalczykami. Z nimi też fantastycznie spędzałyśmy czas. 

Oprócz imprez na mieście były domówki. Które i tak kończyły się na mieście. Wszystkie drogi prowadziły do Portas do Mar, czyli na wybrzeże, na którym były małe knajpki, jedna obok drugiej. Nasza ulubiona to Baia dos Anjos (zatoka aniołów). Tam najczęściej zaczynaliśmy imprezy. Ale było wiele innych miejsc, gdzie tańczyliśmy do rana. Portugalczycy to bardzo roztańczony, lubiący zabawę naród. 

Ginja - tradycyjna nalewka wiśniowa

Podczas naszego pobytu widziałyśmy pokazy motocyklowe, poznałyśmy drużynę siatkówki (jedyni wysocy Portugalczycy na całej wyspie), byłyśmy na finiszu Rally Sata.




Udało nam się załapać na występy zespołów akademickich (Tuna) z różnych miast, z wysp i kontynentu. Typowe dla nich stroje to czarne, eleganckie spodnie, białe koszule i długie, czarne peleryny z naszywkami różnych uczelni. Do tego nakrycie głowy, np kapelusz. W zespole wszyscy śpiewają, część gra na instrumentach, część tańczy. Coś zupełnie innego niż zwyczajne chóry akademickie. 
Moją ulubioną Tuną jest Magna Tuna Cartola z Aveiro (https://www.facebook.com/mtcartola/). 

Poza tym byłyśmy na koncercie z okazji Semana Academica - coś na kształt naszych juwenaliów. 
Muzyka była różna, niekoniecznie przypadła mi do gustu. Było mnóstwo osób, duża reprezentacja Erazmusów i jak zwykle zabawa do rana. A wśród alkoholu wódka Wyborowa, którą można było kupić tak, jak piwo Super Bock. Polska wódka na środku Atlantyku - to żeśmy się zdziwiły.

Wspominałam o Polkach mieszkających na stałe na Azorach. Z nimi też przyjemnie spędzałyśmy czas. 
Jedna rodzina zaprosiła nas na obiad, na typowe portugalskie danie - bacalhao (dorsz suszony). Proces przygotowania jest długi i niezwykle śmierdzący. Dość duże płaty solonego, suszonego dorsza trzeba na 24 godziny zamoczyć w wodzie, żeby nadawał się do dalszej obróbki. Efekt końcowy jest pyszny. Chociaż ilu kucharzy, tyle sposobów na przyrządzenie bacalhao. 
Po obiedzie pojechaliśmy na plantację ananasów. Szczerze się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam te malutkie krzaczki z ananasem na czubku. Cóż, u nas można kupić już gotowego ananasa, bez podglądania jak rośnie.


Podczas naszego pobytu zorganizowano kilka imprez, a nawet kolacji specjalnie dla Erazmusów. Nie były to kolacje zbyt wykwintne, ale wina nie brakowało. Ogólnie uważam, że przedstawiciele innych krajów byli na Azorach traktowani bardzo dobrze. Byli ludzie, którzy się nami zajmowali i zapewniali rozrywkę. Czuliśmy się tam prawie jak w domu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz