×

Erasmus - Świąteczna wyprawa dookoła wyspy, dzień I i II

Zbliżały się święta wielkanocne. Pogoda była coraz ładniejsza, a i czasu wolnego miałyśmy sporo.
W związku z tym postanowiłyśmy walczyć z tęsknotą za domem i wypożyczyłyśmy samochód. Chciałyśmy objechać całą wyspę. Plan był taki, że bierzemy Toyotę Yaris na cztery dni i każdego dnia jedziemy w inną stronę. Do kompletu w aucie dobrałyśmy Turków - Kemala i Fatmę. Kierowca był jeden - Kinga. Kemal mimo posiadania prawa jazdy nie chciał prowadzić, a ja bardzo chciałam, tylko prawka nie posiadałam. Za to robiłam za pilota.


Zaraz po tym jak Suzette pomogła nam znaleźć niedrogi samochód z wypożyczalni od znajomego pojechałyśmy do Sete-Cidades na koncert muzyki elektro. Dla mnie to był taki Woodstock
w wydaniu mikro.


Muzyka nie przypadła mi do gustu, ale później była impreza w wielkim namiocie, gdzie siedzieliśmy na dywanach, a w tle leciał chill. Bardzo sympatycznie, bardzo dużo osób, a wśród nich cała masa znajomych. Ale ważniejsze były plany na kolejne dni, więc nie spędziłyśmy na koncercie zbyt wiele czasu.


Następnego dnia wyruszyliśmy w piątkę na objazd. Na początek miasteczko Ribeira Grande z piękną typową dla wyspy zabudową. Leży nad oceanem, w miejscu, gdzie fale są idealne na kitesurfing albo surfing. Przeszliśmy się po mieście i pojechaliśmy do Porto Formoso - plantacji herbaty.


Najpierw przeszliśmy się między krzaczkami herbaty. Widok na ocean dodawał miejscu uroku. Herbata posadzona była w równych rzędach, a jej zieleń niezwykle świeża i soczysta. Brakowało tylko kwitnących, niebieskich hortensji. Niestety przekwitły.


W środku budynku pokazano nam i opowiedziano jak produkuje się herbatę, od a, do z. Wszystko było bardzo ciekawe. Na koniec dostaliśmy herbatę do degustacji. Zielona sprzedawana jest w całej Portugalii. Do tej pory to jedna z moich ulubionych. Sypana znacznie lepsza niż ta w torebkach.



Dalej pojechaliśmy wzdłuż drogi na północy w stronę Nordeste. Zatrzymywaliśmy się na urokliwych punktach widokowych. Trafiliśmy również do parku naturalnego Ribeira dos Caldeiroes. Obok był przepiękny wodospad. Byliśmy tak zauroczeni tym miejscem, że zapomnieliśmy zamknąć bagażnik zanim ruszyliśmy. To było jedno z niewielu polskich słów, które Turcy złapali w mig.







Następnego dnia wybraliśmy się w kierunku Sete-Cidades, jadąc wzdłuż wybrzeża. Chcieliśmy okrążyć od zachodu znane nam już jeziora na dnie nieczynnego wulkanu.
Po drodze, jak zwykle trafiliśmy na kilka punktów widokowych. Mimo, że pogoda tego dnia nas nie rozpieszczała i tak nam się podobało. Do czasu...



Przyznam się bez bicia, że ruszając w podróż dookoła wyspy mieliśmy tylko mapy z informacji turystycznej (tak tato, wiem, wstyd i hańba). Owszem, drogi były zaznaczone, nawet te mniejsze
i większe różniły się od siebie na mapie. Ale nie było zaznaczonych poziomic. Czyli góra na mapie była płaską plamą. I to nas zmyliło, kiedy wybieraliśmy, a w zasadzie ja wybrałam najkrótszą, jak mi się wydawało drogę. Wjeżdżając coraz wyżej krętymi drogami widzieliśmy coraz mniej. 


Kinga kurczowo trzymała kierownicę, a ja usilnie próbowałam wypatrzeć coś wśród mgły. Wysiedliśmy na chwilę, żeby zbadać sytuację. Z jednej strony piaszczystej drogi widać urwisko i  mgłę, a z drugiej mgłę i urwisko. Popatrzeliśmy po sobie i w milczeniu wsiedliśmy do auta. Nie było opcji, żeby cofnąć, chyba, że mocno ryzykując życie. Musieliśmy jechać dalej. Prędkość max 10km/h. Aż tu nagle ŁUP! Wyskoczyliśmy z auta i patrzymy, a drogę przecina wykopany rów, na szerokość stopy. Nasz jedyny mężczyzna poszedł zbadać teren i wrócił z wieścią, że te rowy są co kawałek, i nie ma jak ich ominąć bo po obu stronach drogi wyrosły skały. Nic tylko siąść i płakać. Kinga odmówiła prowadzenia. Kemal musiał złapać za stery. My szłyśmy przed samochodem, ostrzegając o kolejnych trudnościach. W pewnej chwili skały się skończyły, a pojawiły się krowy. Wszędzie dookoła dziesiątki krów. Takie to azorskie. Ludzi brak, ale krowy są. Po drodze wyskoczył na nas pies, wyglądający trochę jak dingo. Mogłyśmy spokojnie zdobyć jakiś medal w sprincie. 
Najszczęśliwszym momentem był ten, kiedy pojawiła się asfaltowa droga. Mieliśmy stanowczo dość wrażeń, więc pojechaliśmy w kierunku domu, zahaczając o plażę, na której wypiliśmy piwo na uspokojenie. 



6 komentarzy:

  1. Na Azorach spędziliśmy z naszym namiotem dwa tygodnie, dlatego z przyjemnością przeczytałam Twój tekst :) Zwiedziliśmy Sao Miguel i Flores. Nie wypożyczyliśmy samochodu i udało się nam przemaszerować 260km. Coś wspaniałego, zwłaszcza, że na wielu szlakach byliśmy tylko my i natura. W Sete Cidades zatrzymaliśmy się na polu kempingowym, ale ze względu na brzydką pogodę nie udało się nam przejść szlakiem Vista Rey, z którego widać kalderę z miasteczkiem i jeziorami, jak na dłoni. Planowaliśmy z w przyszłym roku powrócić, ale póki co czekamy na tańsze loty. Azory fajna sprawa! pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Londynu są loty za 30 funtów :) Też muszę tam wrócić, a opcja namiotu bardzo mi się podoba. Przemyślę to ;)

      Usuń
  2. Przygoda życia! Mi pewnie muzyka by się spodobała, lubię dziwne rzeczy :P bardzo żałuję, że nigdy nie wybrałam się na Erasmusa, może na doktoracie się uda ?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie polecam!!! Erasmus zmienia wszystko :) A potem ma się tyle miejsc do odwiedzania, ilu poznało się innych Erazmusów :)

      Usuń