×

Irlandia - praca licencjacka z widokiem na ocean

Co można zrobić, kiedy zdało się egzamin dyplomowy, a praca licencjacka leży w rozsypce, niby rozpoczęta ale nie poskładana w całość? Można polecieć do koleżanki do Irlandii, żeby tam przewietrzyć głowę i poszukać weny twórczej.

Ania mieszkała i pracowała w Limerick. Nigdy nie byłam w Irlandii, a po powrocie z Azorów nosiło mnie i nie byłam w stanie wysiedzieć w domu. Więc spakowałam walizkę, wzięłam laptopa i zameldowałam się na zielonej wyspie.
Pierwszy samotny lot z przesiadką w Paryżu przeżyłam całkiem dobrze. Chociaż stres był. Na miejscu czekała na mnie Ania i zawiozła do swojego domu.


Plany miałyśmy w miarę określone, ale zależne od trybu pracy. Kiedy Aneczka była w robocie, ja siadałam do pracy licencjackiej. W momentach wyczerpania umysłowego chodziłam na spacery nad rzekę. Lubiłam tam siadać na ławce i gapić się w wodę, nawet jak mżyło (mżawka to ta lepsza opcja na wyspach). Pierwsze trzy dni pakowałam się ludziom pod nogi, a każde przejście przez ulicę było walką o życie. Ale w końcu się wyrobiłam. Jedyne, co mnie przerażało to wyjący alarm pożarowy, kiedy byłam sama w domu. Podobno tak już miał i nigdy żadnego płomyka nie zobaczyłam.



Wycieczki robiłyśmy w każdej wolnej chwili. Ania miała swój samochód, więc problem transportu miałyśmy z głowy. Przemierzałyśmy kilometry pośród zielonych łąk i pasących się owiec. Nie było za wiele czasu, żeby zagłębiać się w miasto. W połowie mojego pobytu dołączył do nas brat Ani. Im nas więcej, tym weselej.
Miejsc, które odwiedziłyśmy jest wiele, ale wspomnę o tych, które najbardziej mnie urzekły. Wspomnienia sprzed ponad ośmiu lat trochę wyblakły i ciężko byłoby pisać o wszystkim.

Cliffs of Moher
Absolutne must see w Irlandii. Nie ma opcji, żeby nie zobaczyć tych ogromnych, pionowych zboczy, które obmywane są wodami oceanu. Zawsze w takich miejscach próbuję sobie wyobrazić, co myśleli pierwsi żeglarze przypływający w takie miejsca. I czuję ogromny respekt do matki natury. Człowiek jest taki malusieńki i nie miałby żadnych szans w starciu z falami i skałami. Nie jesteśmy panami świata, tylko jego gośćmi.


Na klifach są niestety pielgrzymki ludzi, których dowożą autokary. Nie wszędzie można się wdrapać ze względu na bezpieczeństwo i ochronę środowiska. Ale krótki spacer od jednego klifu do drugiego jest jak najbardziej wskazany. I tyle. Tam należy kontemplować widoki i wdychać wspaniałe morskie powietrze.



Wicklow Mountains
Góry niczym żywcem wyciągnięte z opowieści Tolkiena. Pustka, przestrzeń i... owce. Wspaniale się jedzie wśród takich widoków. Zatrzymałyśmy się w dosyć turystycznym miejscu, gdzie mijając stary kamienny kościółek i cmentarz wchodzi się na szlak prowadzący wzdłuż jeziora. Zrezygnowałyśmy z wdrapywania się na szczyty. Wystarczyły nam krajobrazy spod gór. Jeżeli ktoś lubi podróżować dla widoków i odpocząć od tłumów to jest to idealne miejsce.


Adare, Burren, Cashel
To gratka dla poszukiwaczy starych zamków, kościołów i domów, w klimacie celtyckim. Wszystko z szarego kamienia pięknie wygląda na tle intensywnie zielonej trawy. Cashel to dawna rezydencja królów, swoją historią sięgająca do czasów przedchrześcijańskich.
Burren to skalisty płaskowyż, bez drzew, bez krzewów i bez owiec. Miejscami można spotkać pozostałości po dawnych osadach. Jednak jest to teren niezbyt gościnny dla ludzi. Turyści przyjeżdżają głównie po to, żeby zobaczyć prehistoryczne grobowce - dolmeny. Najbardziej znanym jest Poulnabrone i tam też się udałyśmy.
W Adare zachwyciła nas typowa wiejska zabudowa z XVIII wieku. Domki pokryte strzechą i okazały kościół. Oczywiście wszystko w odcieniach szaro - zielonych.


Dingle
W drodze na najbardziej wysunięty na zachód półwysep Irlandii można podziwiać bezkresne zielone góry (oczywiście z wielkimi stadami beztroskich owiec) z widokiem na wodę. Nam trafiła się słoneczna pogoda - coś niebywałego. Po drodze, na wschód od Dingle zatrzymaliśmy się w górach i tam wdrapaliśmy się po skałach nad jezioro, ciemne, zimne i trochę mroczne.


A później zjeżdżając z gór wjechaliśmy wprost na plażę, Z wjazdem nie ma problemu, ale wraz z przypływem, który trwa chwilkę może być problem z wyjazdem. Trzeba na to zwrócić uwagę przyjeżdżając nad ocean. My zaparkowaliśmy bezpiecznie, daleko od linii wody i mimo silnego wiatru zdołaliśmy pograć trochę w siatkówkę.


Plaża jest niesamowita. Żółty piasek, niesamowicie szeroka, w dali grzmią wysokie fale. I do tego słońce nieśmiało grzejące nasze zmarznięte i zmęczone wilgocią kończyny. Wspaniale!



Delfiny
Jeżeli nie boicie się pływać łodzią czy statkiem i nie groźne są Wam wysokie fale to świetnym pomysłem będzie wyprawa na oglądanie delfinów. Mnie ciągnie do wody i gdziekolwiek bym nie była, to zawsze znajdę jakąś możliwość popływania czymkolwiek.
Także podjechałyśmy na wybrzeże, poszukałyśmy dolphins watching, wsiadłyśmy na stateczek i ruszyłyśmy na spotkanie z tymi przyjaznymi zwierzętami. A fale były wysokie, statkiem rzucało w górę i w dół, na prawo i lewo. Niektórzy, po kwadransie rejsu marzyli tylko o wolnej toalecie i zejściu na ląd. Ja, na szczęście do nich nie należę, więc z radością oglądałam linię brzegową, wypatrując wśród fal charakterystycznej płetwy grzbietowej. I doczekałam się. A że to były moje początki w roli fotografa, to zafiksowałam się na tym, żeby zrobić piękne zdjęcia. Ale, ale... to bez sensu. Czasem lepiej odłożyć aparat. Ewentualnie zrobić kilka ujęć i dalej chłonąć widok nie przez obiektyw, bo to mocno zawęża horyzont.





Wyprawa do Irlandii Północnej
Kiedy Ania miała więcej wolnego czasu wsiedliśmy we czwórkę w samochód i pojechaliśmy do Irlandii Północnej. Po drodze zatrzymywaliśmy się w bardziej osławionych miejscach wzdłuż wybrzeża.





Widoki były przepiękne, pogoda bardzo zmienna i turystów chmara. Królowały głównie klify nad błękitną wodą. Chcieliśmy dojechać do Belfastu. Po drodze nocowaliśmy w pensjonacie typu B&B (bed and breakfest). Pamiętam ciemne pokoje z ciężkimi zasłonami i narzutami na łóżkach. Na śniadanie typowe angielskie przysmaki - jajko na bekonie, fasolka w sosie pomidorowym, parówki, kiełbaski, puree z groszku. Dla mnie, wegetarianki totalnie niejadalne. Ale za to herbata była wyśmienita.



Belfast, jak typowe miasto, pełne gwaru, aut, ludzi. Pospacerowaliśmy bez żadnego przewodnika, porobiliśmy zdjęcia. Dało się znaleźć ciekawe zakątki i pyszną kawę ze Starbucksa, którego jeszcze u nas nie było.



Irlandia jawiła mi się jako zielona wyspa, pełna owiec i to jak najbardziej się spełniło. Nie spodziewałam się takiej ilości deszczu i takiej niskiej temperatury, jak na środek lata. Na szczęście były tam sklepy z tanimi ciuchami i dało się dobrać pewne elementy garderoby.
Nie żałuję czasu, który spędzałam sama, siedząc w domu i pisząc pracę licencjacką. W zasadzie po tych 3 tygodniach była gotowa do wstępnej recenzji i druku.
A w swoich wolnych chwilach Ania pokazywała mi przecudne miejsca, do których sama, jako turystka mogłabym wcale nie dojechać. Poza tym mogłam ćwiczyć angielski, chociaż irlandzki akcent nie był łatwy do zrozumienia.


Na wyspie można poczuć się wolnym i beztroskim, szczególnie stojąc na klifie i wpatrując się w ogromne, spienione fale. Można też z tej wolności korzystać i szaleć na imprezach, które są uwielbiane przez Irlandczyków. Dla każdego coś się znajdzie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz