×

Portugalia. W cieniu wulkanicznego pyłu

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Wróciłam do Portugalii tak szybko, jak tylko to było możliwe.
Tym razem zabrałam ze sobą Anię, która towarzyszyła mi na Azorach. Plany miałyśmy bardzo luźne. Zaczynałyśmy od Lizbony, później chciałyśmy pojechać na północ.
Okazało się, że nieopodal stolicy jest mój znajomy, Łukasz, któremu praca wynajęła pokój w dobrym hotelu. Dogadałyśmy się z nim przed wyjazdem. Czekał na nas na lotnisku, po czym pojechaliśmy pociągiem do Estoril.
Podobało mi się to, że byłyśmy prawie nad samym oceanem. Widok z balkonu był przepiękny. Natomiast nie podobało mi się, że śpimy w hotelu na lewo. Wychodziliśmy rano, wracaliśmy po zmroku, żeby za bardzo się nie kręcić.


Na początku obeszliśmy okolicę. Spacery deptakiem wzdłuż plaży w stronę Lizbony były naprawdę przyjemne, szczególnie, że prawie cały czas świeciło słońce. Odwiedziliśmy też pobliskie miasteczko - Cascais - typowy nadmorski kurort, do którego w sezonie zjeżdżają się tłumy (miejscowość bardzo popularna wśród Anglików).


Po Lizbonie po prostu spacerowaliśmy, chłonąc jej atmosferę, zatrzymując się na kawę z ciastkiem (pastel de nata), Super Bocka, czy ciemnego Sagres'a. To miejsce idealne do leniwego zwiedzania. Jest tam mnóstwo zaułków, miejsc, gdzie można odetchnąć, usiąść na chwilę, popatrzeć, posłuchać.


Z Estoril podjeżdżaliśmy do stacji Cais do Sodre (pociągi, metro i promy). A dalej szliśmy tam, gdzie poniosły nas nogi. Zatrzymywaliśmy się na punktach widokowych. Znaleźliśmy kawiarnię znajdującą się na tarasie w samym centrum Alfamy, z cudną panoramą. Do tej pory ją odwiedzam, jeśli jestem w Lizbonie.
Obowiązkowo wsiedliśmy do tramwaju 28, żeby przeżyć jazdę wąziutkimi uliczkami, którymi pojazd wdrapywał się na wzgórza. Dodam, że byliśmy tam w kwietniu, kiedy sezon turystyczny nie jest w pełni otwarty. Niestety w sezonie tramwaje są tak oblegane, że ciężko wcisnąć tam szpilkę. A jeśli już uda się dostać do środka, to przejażdżka nie należy do najprzyjemniejszych. Równie dobrze można złapać jakiś inny numer i pojechać, może odrobinę mniej malowniczą trasą, ale bardziej komfortowo.


Nie byłabym sobą, gdybym nie odwiedziła terenu Expo. Tym razem postanowiliśmy zobaczyć oceanarium. Bilety nie są najtańsze, ale warto. Jest to największe oceanarium w Europie. Po środku zbudowane ogromne baseno - akwarium, w którym pływa wiele gatunków ryb, a czasem wskoczy też pingwin, czy wydra.


Dookoła są urządzone pomieszczenia przedstawiające wybrane strefy klimatyczne, z odpowiednimi dla nich mieszkańcami. I tak, przeglądając zdjęcia zdałam sobie sprawę, że wcale nie trzeba jechać na Islandię, żeby zobaczyć maskonury.


Wszystkie mniejsze zbiorniki wodne są połączone z wielkim basenem. Można podglądać np. wydry, które uważam za najmilsze zwierzęta w całym oceanarium, nie tylko na powierzchni ale i pod wodą.
My mieliśmy szczęście i nie było tłumów. Ale im bliżej sezonu, tym więcej zwiedzających.



Po kilku dniach spędzonych w najpiękniejszej europejskiej stolicy ruszyłyśmy do Aveiro spotkać się ze znajomymi. Tym razem znajomi od razu załatwili nam nocleg. Dostałyśmy klucze do mieszkania dziewczyny kolegi. Zaprowadzili nas na osiedle mieszkań socjalnych - wysokie bloki, trochę, jak nasze z wielkiej płyty. A w środku całkiem przyzwoicie. Nie pogardziłabym takim mieszkankiem.
Czas nam mijał bardzo, bardzo leniwie. Snułyśmy się po mieście, korzystając z pięknej pogody.
Nastroje zepsuła nam informacja w wiadomościach, że z powodu wybuchu wulkanu na Islandii i chmury pyłu nad Europą odwołana jest większość lotów. Sprawdziłyśmy, że ta większość dotyczy również nas. Odechciało nam się jechać do Porto. Do naszego powrotnego lotu był niecały tydzień i w duchu błagałyśmy szalony wulkan, żeby już się opanował i przestał pylić.


W ramach walki z kiepskim nastrojem pojechałyśmy na plażę, do Costa Nova. Spacerowałyśmy między domkami w kolorowe paski, z których słynie ta miejscowość. Plaża była prawie pusta, a pogoda trochę zbyt chłodna na opalanie. Ale to nam nie przeszkadzało w siedzeniu i podziwianiu ogromnych fal. Trochę zagapiłyśmy się z powrotnym autobusem. Nie było sezonu, więc nie było również połączeń pod wieczór. Nie miałyśmy wyboru, musiałyśmy złapać stopa. Poszło w miarę gładko. Wcisnęłyśmy się na tylną kanapę, koło dziecka, z przodu dwie Portugalki radośnie oświadczyły, że Benfica Lisboa wygrała dziś z FC Porto i całe miasto będzie świętować.
I tak się właśnie stało. Na wjazdówce do Aveiro samochody stały w długim sznurze. Wolałyśmy dojść na piechotę do centrum. A tam fiesta na całego. Tłumy ludzi z racami w dłoni, skaczący po samochodach, murkach, śpiewający, skandujący - istne szaleństwo. Nigdy w życiu nie widziałam takiego świętowania. Dołączyłyśmy do tłumu wznosząc toasty za Benficę.


Czas minął nam bardzo przyjemnie, ale musiałyśmy wracać do domu. Ciągle zastanawiałyśmy się, czy samoloty już latają. W serwisach informacyjnych pokazywano ludzi koczujących na lotnisku w oczekiwaniu na powroty do domu. Wcale nam to nie poprawiało humoru.
W Lizbonie znów spotkałyśmy się z Łukaszem i znów nocowałyśmy w Estoril. Jednak ciągle czułyśmy napięcie związane z wielką niewiadomą na lotnisku. A żeby przypadkiem nie było nam zbyt łatwo to w dzień naszego odlotu miał przyjechać papież, więc pół miasta było zamknięte.
Wsiedliśmy w jakiś autobus, który wywiózł nas pod centrum handlowe, gdzie poczuliśmy się totalnie zagubieni. Nie było wyjścia, trzeba było złapać taksówkę.
Jak wielka była nasza radość, kiedy, podjeżdżając pod lotnisko zobaczyłyśmy startujący samolot Air France. To był znak, że właśnie uruchomili loty na Europą. I nieważny był tłum koczujący na lotnisku. Ważne było, że możemy bezpiecznie wrócić do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz