×

Sri Lanka - zielona kraina herbaty

Cejlon moim okiem - słów kilka o tym, co mi się podobało, a co wprowadzało w stan bliski furii

To była moja pierwsza podróż do prawdziwej Azji. Poprzednich wakacji na rajskich wyspach nie uznaję, bo czułam się jak więzień i niewiele poza tą wyspą zobaczyłam (dokładny opis w niedalekiej przyszłości). Tutaj było inaczej, bo, mimo że pojechałyśmy z Agą z biura podróży, to poza spaniem i częściowo jedzeniem miałyśmy z tą wycieczką niewiele wspólnego.
A więc Azja - kontynent pysznego, taniego, ulicznego jedzenia, tanich ciuchów i alfabetów, których nie umiem czytać.

Pierwsze wrażenie po wylądowaniu? Chaos, harmider, mnóstwo ludzi mówiących na raz i zachęcających do skorzystania ze swoich usług (sprzedaż kart sim, taksówki, a nawet sprzedaż lodówek!). W powietrzu zupełnie inny zapach. Gorąc i wilgoć, które od razu nas oblepiły. I wszędzie bezdomne, chude, jak szczapy psy. I totalna dezorganizacja ze strony lankijskich przedstawicieli naszego biura. Wykończeni po 11 godzinach lotu byliśmy zmuszeni czekać kolejne pół godziny na zagubionych podróżnych, żeby w 3,5 godziny dojechać do hotelu autostradą (w Polsce zajęłoby to godzinę lub półtorej). Trudno, takie rzeczy się zdarzają. Widok pokoju i panorama ciągnąca się z naszego własnego tarasu jakoś nam wynagrodziła kiepski początek.


Dalej były kolejne pułapki. Dwie, zagubione blondynki dały się naciągnąć kilku cwaniakom. Ale po kolei. Pod hotelem stało zawsze mnóstwo tuk - tuków. Bardzo fajnie, polubiłam ten środek transportu, za to nie podobała mi się natarczywość wszystkich kierowców, którzy chcieli zarobić trochę kasy. Czy widok idącego drogą turysty aż tak raził ich w oczy? Jaką mam radę? Jeżeli chcecie skorzystać z tuk - tuka to cenę ustalcie, zanim wejdziecie, a cennika najlepiej poszukać w internecie. Pierwsza jazda może na długo pozostać w pamięci, potem jest już tylko lepiej. Jeśli nie macie ochoty na podwózkę grzecznie, z uśmiechem odmawiajcie kolejnym kierowcom. I we wszystkim bądźcie bardzo zdecydowani i asertywni.
Nam brakowało tej asertywności, więc jeden z pierwszych kierowców, z którym jechałyśmy namówił nas na wycieczkę autem do jednego z parków narodowych. Wyprawa była bardzo udana, ale mogłyśmy spokojnie zapłacić połowę. Trudno, człowiek uczy się na błędach. Później byłyśmy mądrzejsze.


Poza tym na każdym kroku nadziać się można na chętnych do pomocy lokalnych chłopaków, którzy turyście wszystko pokażą, opowiedzą (czasem bardzo niezrozumiale i takie rzeczy, które są wiadome). Wyjścia są dwa. Jeżeli faktycznie potrzebujemy pomocy, to poprośmy o konkretną rzecz, szykując dla owego lokalsa napiwek (warto przed takimi eskapadami przeczytać ile się komu należy). My byłyśmy na początku bardzo hojne. A prawda jest taka, że wystarczy dać 20, 50, czasem 100 rupii, jeżeli człowiek się postarał. Dla przykładu room service powinien dostać około 150 rupii na tydzień, więc nie szalejmy.
Jeśli natomiast nie chcemy pomocy to otwarcie i z naciskiem za nią podziękujmy. Niektórzy natręci nie znają słowa nie i jest to mocno męczące. Niech żyje asertywność, której nam zabrakło.
Miałyśmy też szansę uczestniczyć w grze pod tytułem "Napiwek należy się każdemu", nawet, jeśli za daną atrakcję zapłaciło się komuś odliczoną sumę. I tak dodatkowych paru groszy domagali się: sternik motorówki na river safari, człowiek pokazujący małe krokodyle przy brzegu rzeki, przewodnik w parku narodowym, który sam poprosił o kasę, mówiąc, że jest wolontariuszem, kierowca jeepa na safari, student medycyny ajurwedyjskiej, lekarz - naciągacz ajurwedyjski.
Pewnie jeszcze kilku się znajdzie. Cóż, z Europejczyków doją ile się da, szczególnie jeśli nie znają oni realiów i są dziewczynami.


I jeszcze temat sklepów. Często kierowcy tuk - tuków zabierają turystów do konkretnych straganów, gdzie cena jest bardzo specjalna, czyli bardzo zawyżona. Unikajcie tego. Najlepiej iść tam, gdzie chodzą tubylcy. Ewentualnie do supermarketu, gdzie ceny są z góry ustalone. My z Agą polecamy wioskowe budki przydrożne. Mówiąc wioskowe mam na myśli prawdziwą wioskę w dżungli, gdzie zwykli turyści nie chadzają. Nikt nas tam nie naciągnął, a jedzenie było pyszne. Mimo, że owinięte w gazetę i robione w mało sterylnych warunkach.

A co było na plus? Wszystko, co nie związane było z pieniędzmi. Widoki zapierały dech w piersiach. Zieleń w różnych odcieniach, tak świeża, że czuło się tą świeżość w płucach. Piękne były zwierzęta, których mnogość nas zaskoczyła. Były słonie, małpy, warany, krokodyle, kolorowe ptaki, żółwie, ogromne nietoperze. Po plaży biegały wiewiórki, które swoim śpiewem mogły spokojnie dorównać ptakom. Niezwykle urokliwe były wioski, w których ludzie prowadzili normalne życie, uśmiechali się do nas, witali. Dzieci za nami biegały, ćwicząc swój angielski. To byli prawdziwi Lankijczycy, buddyści, którzy każdego człowieka traktują równo, którzy są dobrzy i uczciwi. I, chociaż nie wszyscy znali angielski to dało się wyczuć, że są nastawieni pozytywnie i tak samo ciekawi nas, jak my ich.
Miałyśmy szczęście, że po pierwszej wpadce trafił nam się wspaniały kierowca. Dzięki naszym nowym polskim znajomym objechaliśmy sporą część wyspy właśnie z nim. Człowiek absolutnie uczciwy, nienachalny, spokojny i bardzo miły. We wszystkim pomógł, oprowadził, opowiedział. Nie chciał nas oszukiwać. Jemu aż miło było stawiać lunch w lokalnej knajpie, czy płacić z górką. (O wycieczkach z naszym kierowcą tutaj i tutaj).


Wspaniałe było jedzenie. To hotelowe nie było złe, niektóre potrawy codziennie gościły na moim talerzu, bo uwielbiałam je jeść. Ale dużo lepsze były smakołyki z budek, tak, jak pisałam wcześniej. Co prawda często mówi się o zatruciach. Jest na to sposób stosowany przez tubylców - ostre przyprawy. Na początku męczyłam się strasznie, łzy prawie leciały mi przy każdym kęsie. Teraz nie wiem, jak przeżyję bez tej ostrości. Nie zatrułyśmy się niczym. Woda sprzedawana jest w butelkach, których korek i szyjka dodatkowo owinięte są folią. Czułyśmy się przez to bezpieczniejsze. Lepiej zabrać ze sobą zapas odpowiednich leków, niż odmówić sobie kulinarnych pyszności.

Sri Lanka jest miejscem, gdzie każdy normalny, europejski kierowca złapie się za głowę i zamknie oczy, żeby nie patrzeć na to, co wyprawia się na drodze. Ruch jest lewostronny, drogi raczej szerokie, z poboczem, którym kroczą piesi, lub pedałują rowerzyści. Ale nikt nie powiedział, że na dwóch pasach ruchu mają być dwa samochody. O nie! Może być samochód, tuk - tuk i autobus. Albo dwa autobusy, ciężarówka i tuk - tuk. Ewentualnie trzy tuk - tuki, autobus i święta krowa. Na drodze dzieją się cuda. Czasem się wydaje, że jest ona z gumy i rozciąga się wszerz, w miarę potrzeb.
Jeśli jest się pieszym i chce się przejść przez przejście to nie ma co liczyć na to, że ktoś się zatrzyma. Trzeba wyczekać na odpowiedni moment, a potem puścić się sprintem, walcząc o życie. I tu ruch lewostronny jest najmniejszym problemem. Ah! I jeszcze jedno. Wszyscy trąbią. Trąbią, żeby ktoś ustąpił, trąbią, żeby podziękować, kogoś przepuścić, kogoś ochrzanić. Cały czas rozbrzmiewają klaksony. Nawet nie próbowałam zrozumieć, skąd oni wiedzą, które trąbnięcie co oznacza.
Niby wszystko wydaje się straszne, ale można przywyknąć. Po pierwszym szoku nam nawet zaczęło się podobać to wciskanie się na siłę, przeciskanie każdą szparą między pojazdami. Uważam, że Lankijczycy są wirtuozami kierownicy...i klaksonu oczywiście!


Na koniec historia o tym jak bardzo niezorganizowani są miejscowi i jak wielki wprowadzają chaos w miejscach, które z założenia powinny być uporządkowane. Czyli, co nas spotkało na lotnisku.
Wylot mieliśmy o 22:50. Autokar przyjechał po nas o 16:15. Po co tyle czasu? Nikt nie wiedział, ale z upływem godzin zaczęliśmy rozumieć. Po tym, jak kierowca podjechał pod cztery hotele była już godzina w plecy. Następnie wąskimi uliczkami przeciskał się w kierunku autostrady. Tam zawrotna prędkość 50 km/h. Czemu tak? Nie wiemy.
A na lotnisku kolejne niespodzianki. Opiszę je w punktach:
1. Pierwsza kontrola paszportów przy wejściu na lotnisko.
2. Pierwsza kontrola bagażu oraz druga paszportów (wjeżdża cały bagaż, główny i podręczny, ale można wejść w butach i bluzach)
3. Kolejna kontrola bagażu, paszportów i numeru naszego lotu (wjeżdża cały bagaż, ale bez wyjmowania elektroniki i płynów, można w butach, ale bluzy zdejmujemy)
4. Czekamy na ukazanie się na tablicy numeru stanowiska check-in. Po dłuższej chwili pan z obsługi zaprasza nas do okienek naszej linii. Tam czekamy dobre 20 min zanim zbierze się ekipa do odprawy bagażu. Ciągle czegoś nie wiedzą, dzwonią po wsparcie. I tak mamy 4 osoby w okienkach i 3 osoby wspierające. Zanim otwierają odprawę tworzy się ogromna kolejka. Za to przymykają oko na nadbagaż.
5. Kontrola paszportów - tu dostajemy pieczątkę wyjazdową, na szczęście bez problemu.
6. Wyczekiwana strefa wolnocłowa, na której, uwaga! ceny przebijają wielokrotnie te poza lotniskiem, obsługa sklepów nie mówi dobrze po angielsku, a przeliczanie dolarów na rupie sprawia im ogromny problem. W sklepiku z jedzeniem wielka kartka, że płyny zakupione w tej strefie nie są dozwolone na kolejnej kontroli celnej.
7. Wielki chaos i ciągła zmiana stanowiska odprawy celnej. Raz wejście 06 (na piętrze, na szarym końcu korytarza), raz że R1 (na samym początku strefy wolnocłowej, na parterze). Czekamy do ostatniej chwili. Wreszcie nas puszczają. Kontrola bagażu podręcznego (komórki należy wyjąć, za to tablet i lustrzanka mogą zostać w pokrowcach, zdejmujemy bluzy, buty, zegarki, bransoletki). Dodatkowa kontrola (jak na większości bramek), bo piszczę.
8. Wpuszczają nas do małego pomieszczenia z szeregiem krzesełek, toaletą z jedną ubikacją i bez możliwości kupienia wody. Na wejściu kontrola paszportów i kart pokładowych. Mi i Agnieszce pani zmienia miejsca nie tłumacząc dlaczego. Czekamy w tym niskim, dość małym pomieszczeniu około godzinę. Później zapraszają ludzi od rzędu drugiego do siedemnastego. My mamy pierwszy, ale idziemy twardo.
9. Kolejna kontrola paszportów i kart pokładowych, po czym wsiadamy do autobusu, który staje przy tylnym wejściu. Pytamy pani na płycie, czy nie możemy wejść przodem. Nie zgodziła się. W tym samym czasie podjeżdża drugi autobus to przedniego wejścia. I właśnie tak! Zrobili to! Wpuścili ludzi w tym samym momencie. Możecie sobie wyobrażać moje zadowolenie, kiedy przepychałam się od końca, na sam początek, w połowie spotykając się z ludźmi z drugiego autobusu. Odechciało mi się mówić przepraszam. Po prostu szłam do przodu i już na początku lotu miałam dość wszystkiego.
Na szczęście w tą stronę nie było awarii silnika i samolot ruszył normalnie, a ja zapadłam w długi sen.


Szkoda, że takie wspomnienie przypieczętowało całą podróż. Po prostu czuję niesmak. Na wielu lotniskach byłam, dużych i tych całkiem małych, ale nigdy, nigdzie nie było takiego zamieszania. Mnóstwo kontroli, które nic nie wnoszą i zero informacji. Na przyszłość przygotujcie wszystkie zasoby cierpliwości, jakie macie, jeżeli przyjdzie Wam lecieć z Colombo.

6 komentarzy:

  1. Sri Lanka jest naszym wielkim "herbacianym" marzeniem i mam nadzieję, że kiedyś się uda. A lotniskowa przygoda z kontrolami etc. brzmi jak... Azja w najczystszej postaci. W sumie podczas podróży takie marnotrawienie czasu bywa denerwujące, ale później się to wesoło wspomina.

    Bardzo zazdrościmy całego tego pyszniutkiego jedzenia <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz wszystko wspominam ze śmiechem. Bardzo polecam tą zieloną wyspę. Jest niesamowita :)

      Usuń
  2. Aaaaaa!!!! A co to za linie lotnicze były? Jeżeli do tej pory kontrole lotniskowe wydawały mi się kłopotliwe, to zmieniam zdanie i odszczekuję wszystko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie linie, tylko lotnisko było takie zwariowane... Bardzo oryginalne...

      Usuń
  3. Wspaniałe miejsce :) Piękne zdjęcia i bardzo ciekawy opis!

    OdpowiedzUsuń