×

Jamajka - chillout w rytmach reggae

Wcześniej nie myślałam o podróży w tamtym kierunku. Zawsze lubiłam muzykę reggae a głos Boba Marley'a towarzyszył mi przez lata. Ale to nadal nie był powód mojego wyjazdu.
Pewnego dnia koleżanka zapytała mnie, czy mogłabym dokręcić dready jej znajomym. Zgodziłam się, bo lubiłam tą robotę. I tak poznałam Martę i Paulinę. Kiedy zajęłam się ich włosami zaczęły mi pokazywać zdjęcia z Jamajki. Były tam już dwa razy, więc fotek miały całkiem sporo. Były piękne! Lazurowa woda, palmy, słońce, delfiny, krokodyle, żółwie. Wszystko takie proste, a zarazem fascynujące. Widziały, jak bardzo spodobała mi się ta wyspa na Morzu Karaibskim. Tak się złożyło, że akurat szukały połączeń na kolejny wyjazd. Szybko pożyczyłam kasę na bilety i zaczęłam proces wizowy do USA (loty były z przesiadką). Do końca się stresowałam, bo wizyta w ambasadzie Stanów jest straszna i czułam się jak przestępca. Ale jakoś poszło. Miałam w paszporcie wizę, a w ręku bilety do Montego Bay!


I tak w piękny, zimowy wieczór, w połowie lutego wsiadałam w samolot do Londynu, żeby dalej dostać się do Nowego Jorku i Montego Bay. Lot był długi, ale na najważniejszym odcinku z Heathrow do Kennedy'ego dookoła nas była garstka ludzi. Każda z nas rozłożyła się na dwóch siedzeniach, owinęła w kocyk i zapadła w sen.


W Nowym Jorku trzeba było przejść bardzo dokładną kontrolę (kolejny raz czułam się jak przestępca) i odebrać bagaż. Później, na właściwym terminalu nadać go na nowo. Kiedy to zrobiłyśmy uznałyśmy, po naradzie, że 9 godzin na lotnisku, na którym siedzenia są nieprzyjazne pasażerom (ławki z podłokietnikami oddzielającymi siedzenia - nie da się położyć) to bezsens.


Postanowiłam być odważna i podeszłam do żółtej taksówki, której hinduski kierowca zgodził się nas obwieźć po Manhattanie za 150 $. Niby spora kwota, ale dzieląc na 3 i dodając, że taxi woziła nas ponad 4 godziny, zatrzymując się w co ciekawszych miejscach, a kierowca kupił nam jedzenie, to wychodzi całkiem nieźle. Zobaczyłyśmy to, co zwykle pokazywane jest w telewizji. Wysłuchałyśmy opowieści naszego prawie przewodnika i wróciłyśmy na lotnisko, żeby przespać się chwilę na ziemi.


Montego Bay przywitało nas słońcem i zapachem morza. Przy lotnisku czekało trochę naganiaczy, ale my byłyśmy umówione z konkretnym kierowcą, który za konkretną sumę zawiózł nas na drugą stronę wyspy do Treasure Beach.


Tam czekał na nas znajomy dziewczyn - Jeremi - Polak mieszkający na stałe w Chicago, mający na Jamajce "letni domek". Za cenę po znajomości wynajął nam swój większy domek na wzgórzu, a sam przeniósł do maleńkiego, stojącego tuż obok.


Z tarasiku widok na Morze Karaibskie i naszą wioskę. Obok domku co jakiś czas przebiegają, lub majestatycznie kroczą stada kóz. Moim ulubionym miejscem stał się hamak wiszący w rogu tarasu.


W domu nie było normalnych okien, a dach był z blachy falistej i między nim a ścianą była duża przerwa, którą wchodziły jaszczurki. Nad łóżkami moskitiery, bez których ani rusz (pierwszą noc spałam bez niej, w śpiworze, ze szmatą na twarzy i to był horror). I na koniec toaleta z bieżącą wodą w wc, umywalce i prysznicu. Woda pochodziła z tanka umieszczonego na dachu chatki. Poranne prysznice były dosyć rześkie.


Życie w wiosce płynęło nam bardzo leniwie. Jako, że miałyśmy zamiar spędzić tam prawie miesiąc to nie spieszyłyśmy się ze zwiedzaniem. Wolałyśmy posiedzieć na plaży, integrować się z tubylcami, posłuchać muzyki w barach na plaży.


Brak pośpiechu działał na mnie uzdrowieńczo. Znalazłam sobie fantastycznych nauczycieli gry na bębnach. Daliśmy nawet koncert dla turystów, na plaży przy ognisku. 3 bębny i wokal - było fantastycznie! Nigdy więcej nie doświadczyłam czegoś takiego. Wspaniałe przeżycie duchowe.


W ramach rozrywki nauczyłam się obsługiwać mały motocykl Jeremiego, którym jeździłam po naszej i po okolicznych wioskach. Musiałam się pilnować, bo drogi były bardzo dziurawe, a do tego ruch lewostronny (pozostałość po Brytyjczykach). Były też momenty, w których czułam się dość niekomfortowo - jak lokalsi wskakiwali mi na siodełko i chcieli jechać ze mną. Szybko nauczyłam się stawiać motocykl na jednym kole, żeby pozbyć się natrętów.


Za to bardzo ciekawie prezentowały się "stacje benzynowe". W wiosce należało się zapytać, gdzie dostanę paliwo. Z opisu odgadnąć, do którego domku mam zapukać. Tam zwykle otwierał lokales ze splifem w zębach i pytał ile, po czym wychodził z plastikową butelką po napojach i dolewał do baku odmierzoną na oko ilość. Niezły biznes.


Uwielbiałam, kiedy dopiero wstawał dzień, dziewczyny jeszcze spały, a ja, po rześkim prysznicu szłam na plażę. Spacer około 15 min. Siadałam na swoim ulubionym kamieniu i wpatrywałam się w morze. Dookoła mnie wyrastały spod ziemi małe krabiki, które kopały sobie norki. Takie zupełnie bezbronne, mimo szczypiec.


Trzeba było uważać na niektóre zwierzęta. Raz w naszej łazience zamieszkał skorpion, raz trująca ropucha, którą chciałam złapać gołymi rękami, ale na szczęście zostałam powstrzymana. Raz, przez nieuwagę prawie weszłabym gołą stopą na skorpiona kryjącego się w trawie. Nie ma co się nadmiernie bać, ale działać rozsądnie.
Udało nam się zrobić kilka wycieczek, jak prawdziwi turyści:

Pelican Bar i Black River Safari


Z naszej plaży wsiadłyśmy na drewnianą łódeczkę z wielkim silnikiem, i stamtąd kapitan Ted i jego pies zabrali nas do miasteczka nieopodal - Black River.


Łódź podskakiwała na falach tak, jakby miała się zaraz rozpaść.



Po drodze widziałyśmy delfiny i nawet jednego żółwia. Był jak pół naszej łodzi. W Black River wpłynęliśmy na rzekę, żeby tam, pośród lasów namorzynowych oglądać krokodyle. Było ich tam całkiem sporo. Niektórzy śmiałkowie wskakiwali do rzeki, żeby wykąpać się wśród tych gadów. Ja wolałam patrzeć z daleka.



Wracając zahaczyliśmy o Pelican Bar. Mały domek postawiony na rafie, oddalony od brzegu ok 1 km. Jego konstrukcja nasuwała pytanie: - Jak ta budowla się tu w ogóle trzyma?



Architekt musiał być bardzo radosny i mieć swoją wizję. Dla nas ważne było trochę cienia pod dachem z palmowych liści i zimne piwo Red Stripe.


Na tą wycieczkę polecam krem z filtrem 50+, coś na głowę, okulary i cienki długi rękaw - słońce jest niemiłosierne i można się załatwić na kilka dni.

YS Falls i Appleton (fabryka rumu)
Razem z Jeremim, jego znajomą Norweżką oraz dwójką Jamajczyków wynajęliśmy bus z kierowcą, który zawiózł nas najpierw na wodospady YS Falls. To typowo turystyczne miejsce, aczkolwiek piękne. Woda lazurowa. Dla chętnych skoki ze skał do naturalnych basenów.


Nad naszymi głowami był park linowy. Idealnie, żeby trochę poszaleć, a potem odpocząć. Niedaleko na południe od wodospadów znajduje się bambusowa aleja, którą kiedyś prowadzono niewolników.


Po drodze do wytwórni rumu mija się miejscowość Magotty, w której jest siedziba polskiej misji. My tam nie zajechaliśmy, ale może ktoś miałby ochotę ich odwiedzić.
W Appleton Factory oprowadzono nas po całej powierzchni, pokazano, jak kiedyś wyciskało się trzcinę cukrową z pomocą osła. Przewodnik ciekawie opowiadał o całym procesie, a przy okazji o niewolnictwie. Na koniec czekała na nas nagroda - poncz rumowy. Jedna z najlepszych rzeczy jaką piłam.


Nie spieszyło nam się zbytnio, więc rozłożyliśmy się na trawie, co jakiś czas idąc po dolewkę.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w miejscowym barze, gdzie serwowali najlepszego w okolicy jerk chicken - kurczaka wędzonego/grillowanego w starej beczce po ropie przerobionej na grill. To ich narodowa potrawa, zaraz po owocach morza.

Santa Cruz
Któregoś dnia stwierdziłyśmy, że chcemy się przejechać do miasta w górach, takiego prawdziwego, gdzie nie ma turystów. To była długa droga taksówkami. A należy podkreślić, że taksówki nie są 5cio osobowe, tylko tylu, ilu ludzi wejdzie na wcisk. Kierowcy jeżdżą dosyć lekkomyślnie, jakby byli panami świata. Czasem lepiej było podziwiać widoki po bokach drogi, niż te z przodu.
Dotarłyśmy do miasta. Wysiadłyśmy z samochodu i od razu kilkanaście głów odwróciło się w naszą stronę. Choćbyśmy chciały, nie wiem jak mocno, to różniłyśmy się znacznie od tubylców.
Ale nic to, ruszyłyśmy na zakupy. Co jakiś czas ktoś podchodził, zagadywał, czasem coś żebrali, ale w gruncie rzeczy byli przyjaźnie nastawieni. Kiedy skończyłyśmy shopping chciałyśmy szybko wrócić nad ukochane morze, bo tu, w środku wyspy brakowało chłodnej bryzy. I podkreślam, że nikt nas nie okradł i nic nam się nie stało, a nawet zyskałyśmy sprzymierzeńców.


Z zajęć typowo turystycznych spróbowałam jeszcze snoreklingu. Zaprzyjaźniony Jamajczyk wręczył mi rano maskę i płetwy i oświadczył, że idziemy nurkować. On łowił ryby i homary na harpun, a ja podziwiałam rafę koralową. I tak przez 4 godziny, bez śniadania, z tyłkiem wystającym z wody. Efekt był taki, że mieliśmy mnóstwo ryb i lobsterów, bardzo puste żołądki i ja totalnie spalone słońcem pośladki. Polecam założyć szorty, szczególnie, jak za dwa dni czeka was podróż powrotna.


Pobyt na Jamajce nie mógł trwać wiecznie, chociaż bardzo bym tego chciała. Oprócz słońca, wody, plaży i palm, które tak uwielbiam byli niezwykle sympatyczni ludzie. Wszędzie było słychać muzykę. Niektórzy byli chodzącą muzyką. W większości uśmiechnięci, chociaż życie dawało im w kość. Bieda piszczała, ale mieszkańcy sobie radzili, ciesząc się z tego, co mają.
Pokochałam ich kuchnię, w dużej części wegetariańską, bo rastafarianie nie jedzą mięsa, chociaż często zbyt ostrą. Czasami lokalsi przynosili nam warzywa i owoce z ich własnych ogródków.



Na straganach można było dostać fantazyjnie pokrojone owoce, od razu do zjedzenia. Najpyszniejsze były ananasy. Na plażach dostępne swieżutkie owoce morza, przygotowywane prawie na naszych oczach. Daniem sztandarowym, poza jerk chicken było ackee (ichniejszy owoc) i calaloo (prawie szpinak) z soloną rybą, dumplinami (woda, mąka, sól i na olej lub do wody) i smażonymi bananami. Do tej pory marzę, żeby znów moc zjeść tą potrawę.


Wyspa ma swój niepowtarzalny klimat, trochę karaibski, trochę swój własny, oryginalny.
I najważniejsze, że nie ma co się spieszyć, bo wszystko "soon come" - niedługo się wydarzy.


PS. Odpowiedź na pytanie, które ciągle wszyscy mi zadawali: Na Jamajce zielone było nielegalne (teraz dozwolone są niewielkie ilości na użytek własny). Za to kontrola na lotnisku w Miami bardzo dokładna. Psy radośnie witają przybyszów i to wcale nie jest dobrze, kiedy za kimś pójdą - gwarancja dodatkowej kontroli dla tej osoby i całej ekipy z nią podróżującej.


16 komentarzy:

  1. Rewelacyjny wyjazd. Warto się wybrać choćby dla samych owoców morza ;-) PS. Pomysł na zwiedzanie Manhattanu żółtą taksówką... świetny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była jedna z lepszych wypraw w moim życiu. Bardzo polecam, szczególnie mniej turystyczne rejony :)

      Usuń
  2. Opcja z taksówką była naprawdę niezła. Kto jak kto, ale taksówkarze znają miasto na wylot. To chyba jeden z lepszych przewodników :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taksówka to był totalny spontan, ale wyszło świetnie i aż tak z nas nie zdarł

      Usuń
  3. Super wypad! Karaiby są cudowne! Niedawno wróciliśmy z Meksyku i coś czuję, że będziemy wracać w te rejony :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli w Meksyku jest równie pięknie? Wybieram się tam w styczniu :)

      Usuń
  4. O Jamajce jeszcze nie snilam, ale zapowiada sie ciekawie .

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajnie, że udało Wam się jeszcze zahaczyć o NYC! Sama wybieram się tam za tydzien :D. A co do samej Jamajki, nie miałam nigdy "parcia", żeby tam pojechać, ale z Twojej relacji wygląda przepięknie! <3 uwielbiam zachody słońca i te świeżutkie owoce morza.. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NYC wyszedł trochę z przymusu i cieszę się, że byłyśmy tam w nocy - większy spokój. A Jamajka jest przepiękna i przepyszna. Naprawdę warto!

      Usuń
  6. Czytałam z ogromną ciekawością. Cuuudowny wyjazd i zdjęcia! 😃 Mam nadzieję, że kiedyś i mi się uda wyjechać w taką podróż ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie trzymam kciuki, żeby się udało ;)

      Usuń
  7. Podoba mi się bardzo, ale te rześkie prysznice działają na mnie doć kiepsko :-). Ja jednak lubię komfort.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy podróżuje tak, jak lubi. Hoteli na Jamajce jest mnóstwo, więc znajdziesz też trochę komfortu :)

      Usuń
  8. Piękne zdjęcia, ciekawy wpis. Czuć, że jesteś urodzona by podróżować ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) W pięknym miejscu łatwo o piękne zdjęcia ;)

      Usuń