×

Malediwy - raj czy nie raj?

Kolejne wymarzone wakacje, które długo z Aliną planowałyśmy. Zawsze wydawało mi się, że taki raj, jak Malediwy dla zwykłych podróżników jest niedostępny. Ale okazało się, że to nieprawda. Trafiłyśmy na pulę tańszych biletów. Wybrałyśmy nie te najtańsze, bo zależało nam na czasie, ale można było dolecieć do Male za 1700 złotych. Tam za nieduże pieniądze wsiąść na łódź i przepłynąć do najbliższego kurortu.


Nam spodobał się (mąż nie brał udziału w wyborze) kurort Herathera na Atolu Addu - najbardziej wysuniętym na południe, za Równikiem. 
Lot był długi, z przesiadką w Moskwie i Male. Ale mi było wszystko jedno. Byłam tak zmęczona maratonem w pracy, że pięć minut po wejściu i usadowieniu się w samolocie zapadałam w kamienny sen. I nic mnie nie budziło, nawet ludzie chodzący mi po głowie. W Aeroflocie z Moskwy do Male stewardessa była tak zaniepokojona moim stanem, że szarpiąc mnie za ramiona pytała czy wszystko ze mną w porządku, że teraz dają ostatni posiłek, a trzy poprzednie przespałam. Nie bardzo chciało mi się z nią dyskutować, szczególnie, że nie mówię po rosyjsku. Za to po przelocie nad równikiem, między Male a Gan każdy otrzymał certyfikat. To było bardzo sympatyczne.


Kiedy wreszcie dotarliśmy do Gan musieliśmy przesiąść się na łódź, żeby dostać się na drugą stronę atolu, do hotelu. Obok było miasto o nazwie Hulhumeedhoo. Jak się okazało dostanie się tam było niemożliwe dla turystów, co nas bardzo zdziwiło.


Dopływając do pomostu czułam się jakbym wpływała do raju. Piasek na plaży był biały, woda oszałamiająco błękitna, palmy niesamowicie smukłe i zielone, a do kompletu niebo bez ani jednej chmurki. W recepcji szybko się zameldowaliśmy, wypełniając specjalne karty i meleksem zawieziono nas do naszego bungalowa. Domek był niewielki, ale wystarczający. Poza małżeńskim łóżkiem na środku salonu była dostawka dla mnie (musiałam pamiętać, żeby nie przysuwać jej do ściany, bo inaczej cała armia mrówek maszerowała po pościeli). Mieliśmy czajnik z codzienną dostawą kawy i herbaty, lodówkę wypełnioną napojami (których nie ruszaliśmy, bo ceny zwalały z nóg), z tyłu domku łazienka z prysznicem na zewnątrz i jacuzzi. Tylny taras otoczony był wysokim murem, z nad którego wystawały bananowce.


Drugi taras był otwarty, z wyjściem na plażę. Obok mieliśmy bar i basen. I w ogóle nie było ludzi w domkach obok, bo to nie był wysoki sezon (marzec). Kilka razy poczuliśmy czym jest opad deszczu na równiku. Ściana wody, jak z wiadra, równie krótka, co intensywna. 


W cenie noclegu mieliśmy śniadania i obiadokolację. Restauracja znajdowała się w drugim końcu naszej czterokilometrowej wyspy. Dla leniwych była opcja zamówienia meleksa. Przyznam się bez bicia, że kilka razy z niej skorzystaliśmy.


Jedzenie było całkiem smaczne, a wybór ogromny. Musiałam się tylko przyzwyczaić do ostrych przypraw. Wyzwaniem było dotrwać od śniadania do kolacji. Nie mogliśmy wyjść do miasta, a ceny w hotelowych restauracjach przyprawiały o zawrót głowy. Ale wpadliśmy na inny pomysł.


Zagadaliśmy naszego room boya, czy nie przywiózłby nam trochę lokalnych owoców. Daliśmy mu dolary i tak codziennie przywoził je na taczce, przykryte ręcznikami. To było jak zbawienie, bo ani ja, ani Alina nie lubimy być głodne. A w barze pozwalaliśmy sobie jedynie na kokosy. Jeden dziennie na głowę. 


A co można robić na rajskiej wyspie? Można siedzieć w klimie i pracować (to nie ja!!!). Można spać przez dwa dni na leżaku w cieniu (to ja). Można pływać, ale nie za długo, żeby słońce nie zrobiło z nas skwarek (i trzeba było uważać na płaszczki pływające tuż przy dnie). Można spacerować, ale odradzam robienie tego w środku dnia i bez nakrycia głowy - znowu skwarki.


Można iść na klimatyzowaną siłownię i pobiegać na bieżni. Zostaje też pływanie w basenie, tylko nie za długo. Czas mijał nam bardzo leniwie. Powiem szczerze, że po dwóch dniach odsypiania i jednym dniu spędzonym nad basenem, pod parasolem miałam dość.


Raz poszłam na spacer z aparatem na plażę od strony Oceanu Indyjskiego. Zapomniałam tylko o nakryciu głowy, a była jakaś druga po południu. Skupiłam się na fotografowaniu krabów pochowanych w muszlach po ślimakach. Dopiero po dłuższej chwili, jak wstałam, poczułam zawroty głowy. Ale warto było dla tych kilku zdjęć.


Moim rytuałem stało się opalanie między 16 a 18. Codziennie o 16:30 ruszał samochód spryskujący wszystkie krzaki środkami przeciw komarom (bo to aż dziwne, że w takim klimacie nic nas nie gryzło). Równo o 18 zachodziło słońce i w parę minut robiło się ciemno.


Po kolacji często kładłam się na leżaku i patrzyłam w niebo, gdzie były setki gwiazd. Nigdzie nie widziałam tak rozgwieżdżonego nieba. A dookoła wszystko szeleściło, bo kraby wychodziły z zarośli.


Czasami chodziliśmy grać w tenisa, albo raczej poodbijać piłkę. Ale temperatura pozwalała na to tylko między 17 a 18. Alina okazała się bardziej ambitna ode mnie i kilka razy biegała w terenie.
Cóż... Dla mnie trochę wiało nudą.


Owszem, widoki były przepiękne, jak z najpiękniejszych pocztówek. Ale nie mogłam pogodzić się z tym, że nie wolno mi opuścić terenu hotelu. Byłam nawet na końcu wyspy, którą z miasteczkiem oddzielał wąski mostek.


Wszędzie dookoła był płot i wielkie napisy, że to tylko dla pracowników. Poczułam się jak w więzieniu, a że wyjątkowo cenię sobie wolność, to mój wewnętrzny buntownik doszedł do głosu. Udało mi się nawet dogadać z barmanem, który miał łódź, że któregoś dnia podpłynie gdzieś na plażę i zabierze mnie z wyspy. Nie wszystkim spodobał się ten plan, więc nawet nie próbowałam go zrealizować. 


Na pocieszenie, wydając nadwyżkę dolarów, popłynęliśmy na spotkanie z delfinami. Wreszcie coś się działo. Na początku nie można ich było znaleźć w lagunie. Jak już zauważyliśmy pierwsze osobniki to okazało się, że stado liczy sobie ponad 100 delfinów.


Pierwszy raz w życiu widziałam ich tyle na raz. Skakały, ścigały się z łodzią, tańczyły w wodzie - coś pięknego. 
To był bardzo miły akcent na koniec naszego pobytu w raju. Na szczęście...


12 komentarzy:

  1. Super, że pokazałaś Malediwy z poziomu resortów takimi, jakimi są w rzeczywistości! Po przeczytaniu Twojego wpisu mam coraz więcej pewności, że resorty celowo są pozamykane i ogrodzone jak poligony, żeby turyści (oczywiście nieliczni posiadający ciekawość- tak, jak Ty) mogli poza nie wyjść i zobaczyć, jak wygląda inne, codzienne oblicze Malediwów. Poza resortami z pewnością nie jest już tak rajsko. W sumie taki resort oferuje tylko leżenie na hamaku, pływanie w morzu i zabójcze ceny nawet na jedzenie. Ale, jak ktoś lubi... ;) Ty ewidentnie potrzebowałaś regeneracji (och żebym tak mogła kiedyś przespać całą trasę samolotem...) i mam nadzieję, że Ci się podobało! Pozdrawiam------------ Beata-http://podrozezmysza.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, że odespałam kilka tygodni przepracowania, ale zajęło mi to 2 - 3 dni. A dalej co? Nuuuda. Widoki takie, jak na obrazkach, ale ja w podróżach szukam czegoś więcej. Cieszę się, że wpis Ci się spodobał :) Z chęcią zajrzę do Ciebie. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Pięknie..az przez chwilę czytając Twoje opisy przeniosłam się w to cudowne miejsce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że zapewniłam Ci krótką podróż ;)

      Usuń
  3. Zdecydowanie Raj :) byłam i jak dotąd żadna plaża nie przebiła malediwskich wakacji, ale w mieście Male mieszkać bym za nic nie chciała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plaże na Malediwach są faktycznie rajskie, ale można znaleźć na świecie równie piękne :)

      Usuń
  4. Ciekawy wpis. Raj i nieraj. Idealne miejsce żeby odpocząć i nic nie robić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie :) Naprawdę jak z wizytówki masz ta zdjęcia :) Osobiście ja też bym się tam strasznie nudziła jak bym miała tylko leżeć i opalać się na leżaku. Lubię coś pozwiedzać i poleżeć ale ile tak można jeden dzień góra dwa a później człowiek by coś po zobaczył,chociaż sama też marzę żeby pojechać kiedyś na Malediwy ale nie wiem czy to zostanie tylko w kwestii moich marzeń..... :) Zapraszam też do mnie na bloga https://malgorzata86-fotografie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Ci, żeby marzenia się spełniły. Tylko wybieraj mniej zamknięty kurort. Chętnie zajrzę do Ciebie :)

      Usuń