×

Turcja - cienie i blaski all inclusive

Decyzja o wyjeździe do Turcji była bardzo spontaniczna. Rozsypały mi się wakacyjne plany, a Madzia zaproponowała, czy nie chcę z nią i Paulinką skoczyć na last minute do Turcji. Nigdy nie byłam na takim wyjeździe, a cena mnie zachęciła. Nie miałam nic do stracenia. Odrobiłam zajęcia na uczelni, spakowałam walizkę i byłam gotowa do drogi.


Lot czarterowy, czyli mnóstwo Polaków wypuszczonych z pracy, którzy poczuli zew wolności. Nigdy nie zapomnę widoku, kiedy o 5 rano, na lotnisku zaspana grupka obalała flaszkę. Aż mną wstrząsa na samą myśl.
Droga z lotniska do hotelu była długa. Po drodze kilka przystanków, żeby zostawić ludzi w innych hotelach. Nasz hotel był spory. Pokój dostałyśmy na samej górze, z dużym balkonem i widokiem na basen, bar i góry. Nie było źle.


Wyżywienie było bardzo dobre. A jak już się jedzie na all inclusive to przecież trzeba się napchać, chodzić na wszystkie posiłki i nakładać na kilka talerzy - tak myślała większość gości, sądząc po ich porcjach. My byłyśmy dosyć ostrożne z jedzeniem. Ja ogólnie jestem wybredna, a dodatkowo Madzia przywoływała wizję zemsty faraona. Jak sobie teraz pomyślę, że nawet zęby myłyśmy w butelkowanej wodzie to chce mi się śmiać. Ale prawdą jest, że żadna franca nas nie dorwała.

W hotelu co wieczór były organizowane jakieś zabawy, tańce itd. Ja nie jestem fanką takich spędów, szczególnie, że większość stanowili nasi sąsiedzi ze wschodu, którzy doprowadzali się, darmowym alkoholem do stanu nieważkości. Byli przy tym bardzo namolni, a niekiedy niegrzeczni.
My zwykle wypijałyśmy nasze ilości degustacyjne i szłyśmy do siebie, albo na spacer.


Plaża też nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Ot, kawałek kamykowego brzegu, zastawionego na gęsto leżakami. Poleżałyśmy może z dwa razy. Opalanie to nie jest moje ulubione zajęcie, no chyba, że jestem bardzo zmęczona i zapadam w drzemkę, albo mam bardzo ciekawą książkę. Nie pałam też miłością do pływania w słonych akwenach. Wolę sobie posiedzieć na brzegu, popatrzeć i posłuchać fal. Uwielbiam też pływać po wodzie, na czymkolwiek. I dlatego pewnego dnia kiedy  spacerowałyśmy plażą podszedł do Madzi człowiek organizujący rejsy turystyczne. Jak wiadomo w Turcji należy się targować. Z racji braku asertywności nie byłyśmy w tym najlepsze. Ale jak usłyszałam cenę, to zdębiałam. "-Panie! Czy ja wyglądam na francuską bizneswoman? Jestem biedną studentką z Polski!". I nagle cena spadła o połowę, więc się zdecydowałyśmy.


To był bardzo miły dzień. Usadowiłyśmy się na materacach na górnym pokładzie i obserwowałyśmy wszystko dookoła. Były piękne, skaliste klify. Były delfiny w oddali. Były jaskinie. W międzyczasie dostaliśmy lunch, a kto chciał mógł się wykąpać w turkusowym morzu. Pogoda ani na chwilę się nie zepsuła i słońce przygrzewało. Osiągnęłyśmy naprawdę wysoki poziom lenistwa.


Z biurem podróży pojechałyśmy na jedną wycieczkę. Pamukkale - to miejsce, którego nie można ominąć, a drugiego takiego nie widziałam. Wyjazd był bladym świtem. Po odespaniu wczesnej pobudki moim oczom ukazały się górskie krajobrazy. Góry dzikie, surowe, sięgające po horyzont. Trudno było spotkać jakiegoś żywego ducha. Co za ulga dla oczu, po tych dniach spędzonych w turystycznym centrum.
Na miejscu, zanim doszliśmy do wapiennych tarasów wypełnionych wodą przechodzi się obok Hierapolis - starożytne miasto. Przykład namacalnej historii. Największe wrażenie robi Teatr Rzymski. Jest bardzo dobrze zachowany.


Dalej idzie się do tarasów. Tam można zdjąć buty i brodzić w ciepłej wodzie. Przedziwne wrażanie, kiedy stąpa się po czymś wyglądającym jak lód, a to wcale nie jest śliskie.
Po spędzeniu czasu w Pamukkale było wożenie po konkretnych sklepach i knajpach, żeby ktoś mógł trochę zarobić. Tego akurat w takich wycieczkach nie lubię...


Podsumowując, jeżeli ktoś nie czuje się na siłach, żeby samemu zorganizować wypad do innego kraju, to jest to dobra opcja. Przelot, hotel i jedzenie są zapewnione i o nic nie trzeba się martwić. Natomiast musimy mieć świadomość, że nie jest to rozwiązanie dla tych, którzy lubią ciszę, spokój, rodzinną atmosferę i kontakty z lokalesami. Mając na ręku opaskę oznaczającą all inclusive większość tubylców traktuje nas jako chodzące skarbonki i też niekoniecznie chcą z nami rozmawiać o czymś innym niż wydawanie pieniędzy. Przykre, ale prawdziwe.


7 komentarzy:

  1. Lubię Turcję, ale zwiedzanie wolę organizować sobie sama

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie Cię popieram. Samodzielne podróże są najlepsze! To był taki mały eksperyment.

      Usuń
  2. Flaszka nieodłczy pezyjaciel Polaka na wakacjach, ale spoko Rosjanina też. Dają za darmo to się pije do oporu. Dlatego oddawna unikam takich wyjazdów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po tym wyjeździe mam alergię na słowa "all inclusive" ;)

      Usuń
  3. Też byłam w Turcji na wczasach all inclusiv :) ale teraz bym znowu tam pojechala tak bardziej po naszemu. Nie chcesz może kiedyś Stambuł odwiedzić? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że chcę i to od dawna :)

      Usuń
    2. znaczy trzeba poszukać jakiś biletów, bo na razie najtańsze to za ładnych kilka stów widziałam. A poza tym może na wiosnę pomyśleć o wycieczce do Lwowa....połączonej z wyjazdem do Wrocławia, bo tylko z Wro lata Wizzair do Lwowa. Z Warszawy lata Lot, ale mniej ekonomicznie wychodzi

      Usuń