×

Chorwacja z wiatrem we włosach i kalmarami na talerzu

Od dawna marzyłam o żeglowaniu na morzu. Ja, wychowana na mazurskich jeziorach żeglarka chciałam poczuć prawdziwe fale i patrzeć się w horyzont, nie widząc żadnego lądu. Długo kołatała mi się ta myśl, ale nie miałam nikogo chętnego do towarzystwa, a na rejs z całkiem obcymi ludźmi zwyczajnie zabrakło mi odwagi.


Któregoś dnia zadzwonił do mnie kumpel, z którym znam się od lat z mazurskich eskapad i rzucił hasło: Chorwacja w lipcu. Nie wahałam się nawet sekundy. "Wreszcie" - pomyślałam i wzięłam się do roboty. Najpierw przeszukałam internet porównując różne oferty. Potem przypomniałam sobie, że mam kolegę, który organizację chorwackich rejsów ma w małym palcu. To on znalazł ofertę firmy - Yachtica Charter. I tak, po załatwieniu formalności (na marginesie: podpisując umowę patrzcie na jaką walutę się zgadzacie) mieliśmy się stawić pierwszego lipca w Sukosanie.


Yachtica pomogła nam załatwić transport - autokar, który odjeżdżał z Warszawy Zachodniej i zbierał ludzi z całej Polski, w tym Daniela z Katowic. Po przekroczeniu granicy jechał prosto do Chorwacji. 
Doba w autokarze była koszmarem. O ile w jedną stronę byłam zmęczona pracą, to w drugą już nie. W jedną nas usmażyli, w drugą zamrozili. Potoczna nazwa rzeźniowóz nie bierze się znikąd. 


Ale kiedy już dojechaliśmy i w ogólnodostępnych łazienkach, w marinie doprowadziliśmy się do stanu używalności to spotkaliśmy się z naszymi sternikami - Agatą i Jackiem, którzy zaprowadzili nas na jacht. Nasza Bavaria była piękna, duża, komfortowa, boska. W momencie kiedy weszłam do środka, stanęłam prosto i wyciągnęłam ręce do góry poczułam się jak w pięciogwiazdkowym hotelu.


Nasza kajuta na dziobie była wielka, miała dwie szafy, drzwi na klamkę i oczywiście forluk - okienko. Obok była kajuta z piętrowymi kojami i łazienka (z wc i prysznicem ze słodką wodą). Jedno wielkie wow! Mogłabym cały rok mieszkać na takim jachcie i przysięgam, że ani na chwilę nie wyszłabym ze swojej strefy komfortu. 
W mesie - czyli kuchnio - salonie była lodówka, zlew i kuchenka, na której można było gotować nawet w czasie dużych przechyłów, co oczywiście chętnie robiłam. 


Oprócz sterników była z nami para mniej więcej w naszym wieku, kolega sternika z synem koło ośmiu lat i jeden wesoły ziomek, który wcześniej pływał z Yachticą. Nowi ludzie, niewielka przestrzeń, trzeba się dostroić. Strojenie nie zajęło nam zbyt wiele czasu. 
Mieliśmy wolny dzień w porcie w Kukljicy, gdzie szefostwo czyściło jacht, a my się obijaliśmy na plaży i w wodzie. Daniel szybko się przywitał z jeżowcami. Potem dłubałam mu w palcu igłą do szycia, siedząc na dziobie, kiedy nami bujało. Na pewno długo tego nie zapomni. 
Pierwszego wieczoru zapoznaliśmy się z piwem Karlovaćko i Ożujsko - do tej pory nie wiem, które było lepsze, ale na pewno załoga się zintegrowała. Kolejnego dnia ruszyliśmy w rejs.


Nasza trasa: Kukljica - Zminjak - Zlarin - Primosten - Rogać - Trogir - Vinisće - Ciovo - Rogoznica - Pirovac (177 Mm i 48 godzin na wodzie)


Pogoda była piękna przez cały pobyt. Ani razu nie padało, a słońce nie miało dla nas litości. Zużycie kremów z filtrami było duże, tak, jak duża była powierzchnia schodzącej skóry u tych, którzy się smarować nie chcieli. Dla mnie rejs był lenistwem w najczystszej postaci. Brak odpowiedzialności za łódź robi swoje. Ale miałam swoje pięć minut. Kiedy Agata zajmowała się sprawami firmy, a Jacek naprawiał coś pod pokładem to dostawałam ster w ręce, wraz ze wskazówkami gdzie mam płynąć i na co uważać (np wielki, nieoznaczony niczym głaz na środku wody, między wyspami).


To były chwile, kiedy czułam ciężar patentu żeglarza jachtowego, który pozwala sterować mi na morzu, w odległości 2 Mm od lądu. Na szczęście nie było powtórki z Titanica, nikt nie wypadł za burtę, a nawet udało mi się osiągać przyzwoite prędkości. Dopiero za sterem poczułam, jak dziwnie buja łodzią i jak to bujanie się różni od mazurskiego. Poza sporymi falami był też boczny prąd, więc oprócz tego, że dziób skakał góra - dół, to jeszcze prawo - lewo. Na większych falach mogłoby być ciut nieprzyjemnie. 


Z podziwem patrzyłam na manewry w portach. Taką dużą jednostką to nie lada wyczyn. A dodając do tego lata praktyki, to naszych sterników widziałam jako mistrzów żeglarstwa. 
W ogóle zapewnili nam mistrzowskie widoki, mistrzowskie kąpiele w niezwykle przejrzystej, turkusowej wodzie, pełnej jeżowców i mistrzowską atmosferę. Poza tym jedzenie, na które nas prowadzili do znanych sobie knajpek było arcymistrzowskie.


Mimo, że moja miłość do owoców morza zaczęła się ciężko i rozwijała powoli, to w Chorwacji nastąpił jej ekspresowy rozkwit. Ośmiornica robiona tradycyjnie, w żarze, kalmary z grilla, krewetki. Nieważne, że wszystko miało oczy i odnóża - tym się zajmował Daniel. Ja dostawałam gotowca do zjedzenia. Do tego pyszne, domowe nalewki. Żyć, nie umierać. Dla samego jedzenia mogłabym tam zostać. A słońce, woda i jachty to już tylko kropka nad i.



W każdym miejscu, jakie odwiedzaliśmy mieliśmy czas wolny. Mogliśmy chodzić grupą, albo sami, zależało od aktualnego nastroju. Nikt nikogo, do niczego nie zmuszał. Jedyne, czego musieliśmy przestrzegać to godzina wypłynięcia z portu. Załoga miała być w komplecie i już, bez dyskusji. Nikogo nie budziliśmy na siłę, przed wyjściem z portu, bo wszystko, czego potrzebowaliśmy do życia było na jachcie. 
Jednego dnia z Danielem wpadliśmy na pomysł mycia pokładu i podłogi pod pokładem. Wynikało to z naszych mazurskich przyzwyczajeń, a nie tego, że ktoś nam kazał. Sami chcieliśmy coś zrobić. Reszta załogi dołączyła. I tak wszystko skończyło się wielką wojną na oblewanie wodą. Nikt nie pozostał suchy. 


Co mam napisać? Żeglowanie jest po prostu piękne. Nieważne gdzie i czym. Ja to po prostu kocham. Może nie jestem gotowa, żeby płynąć lodołamaczem na Biegun Północny, ale kto wie czy i na to nie przyjdzie czas? Oczywiste jest, że na jachcie trzeba być trochę elastycznym, nie ma miejsca na głupie kłótnie i obrażanie się, bo i tak od siebie nie uciekniemy. Czasem lepiej ugryźć się w język. W sytuacjach kryzysowych i w zasadzie w każdej innej trzeba się słuchać sternika. 


Żeby płynąć na taki rejs nie trzeba być wybitnym żeglarzem, ba, wcale nie wymagane jest doświadczenie. Jest to też idealna opcja dla osób, które lubią trochę lepsze warunki, niż mała łupinka, w której trzeba kucać, żeby zmienić spodnie. A Yachticę mogę polecić ludziom w każdym wieku, z dziećmi, bez dzieci, każdemu. Agata i Jacek są przesympatyczni, bardzo profesjonalni, a Chorwację znają, jak własną kieszeń. Tu jest ich adres: www.yachtica.pl W swojej ofercie mają również kursy i szkolenia. Niewykluczone, że skorzystam. 
Ale pewne jest, że już nigdy nie pojadę do Chorwacji autokarem. Po fakcie odkryłam tanie loty do Zadaru i Splitu.


2 komentarze:

  1. Ula...no nie wierzę....żeś się jedzeniem zachwyciłaś ? i to takim bardziej skomplikowanym niż owoce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było się czym zachwycać. Zakochałam się w kalmarach z grilla :)

      Usuń