×

Halifax i okolice zasnute gęstą mgłą...

Kiedy moja przyjaciółka - Asia - zaproponowała mi, żebym poleciała z nią i jej niespełna rocznym synkiem w odwiedziny do rodziców, do Anglii to nie zastanawiałam się nawet minuty. Po pierwsze dawno nie byłam w tym kraju, po drugie tej części w ogóle nie widziałam, a po trzecie na pewno będzie potrzebna pomoc przy Adasiu podczas podróży. 


I tak pod koniec września zameldowałyśmy się na Okęciu, skąd miałyśmy lot do Liverpoolu. Tam, z lotniska odebrali nas rodzice i pojechaliśmy do domu, do Halifaxu. Śmiałam się, że podczas lotu ktoś w końcu wręczy mi żółte papiery, bo zabawom w a-kuku, pana skarpetę i pana pieluszkę nie było końca. Niby do Anglii nie leci się aż tak długo, ale uwierzcie, że to był jeden z najdłuższych lotów mojego życia! Wtedy Adaś dopiero stawał, za to w drodze powrotnej dzielnie spacerował po pokładzie. Podróże kształcą.


Z tatą Asi odwiedzaliśmy różne ciekawe miejsca. Mi zależało na wizycie w Blackpool na cmentarzu, gdzie pochowani zostali piloci Dywizjonu 303 polegli w bitwie o Anglię, w tym brat mojej babci. Angielskie cmentarze wyglądają inaczej niż nasze. Brakuje tam kwiatów i zniczy. Ale część gdzie są groby żołnierzy jest bardzo zadbana. To była dla mnie ważna wizyta.


Tego dnia zajechaliśmy też do Liverpoolu. Tam poszliśmy do doków, gdzie są zacumowane piękne statki. Jako żeglarki byłyśmy z Asią zachwycone. Odwiedziliśmy muzeum morskie. Ta tematyka bardzo mnie interesuje i z chęcią oglądałam makiety statków, odwzorowanie kajut, czy przykładowy posiłek marynarzy podczas długiego rejsu. Przy okazji była tam część o niewolnictwie - zagadnienie przykre, ale warto coś o tym wiedzieć. 


Później pospacerowaliliśmy nad rzeką Mersey, znaną nam z szant. Piękna, szeroka z bardzo ładnie zrobionym nabrzeżem. I tego dnia nawet było słońce.
W dni, gdzie nie jeździliśmy nigdzie dalej brałyśmy Adasia do wózka i spacerowałyśmy po okolicy. Znalazłyśmy łąki, po których biegały konie, wspaniale urządzone place zabaw - bawiłam się lepiej niż Adaś. 


Któregoś wieczoru dziadkowie zgodzili się zostać z wnukiem a my wyruszyłyśmy w poszukiwaniu pubu. Mieszkanie było daleko od centrum, ale nasze chęci były większe. Dookoła ciemno, mgła i puste ulice. Nawet samochody nie jeździły zbyt często. I wtedy wytoczyła się na nas kulejąca postać. My właśnie skończyłyśmy rozmawiać o zombie, więc się wzdrygnęłyśmy. A on podszedł i zachrypniętym, niskim głosem zapytał "-Do you have a cigarette?". Szybko wskoczyłyśmy do pierwszego, lepszego, zaludnionego lokalu.


Z ciekawszych miejsc byliśmy też w muzeum broni w Leeds. To nie są moje klimaty (love and peace) ale może zainteresować każdego. Są liczne makiety, eksponaty, nawet jest wielki, uzbrojony słoń. 


Kolejnym punktem wartym zainteresowania jest pałac w Shibden Hall wraz z parkiem wokół posiadłości. W pałacu są dobrze odrestaurowane wnętrza z precyzyjnie dopracowanymi szczegółami. W wozowni stoi wiele eksponatów - wozy codziennego użytku, pocztowe, karetka. 


W tym miejscu czuje się żywy podmuch historii. A w parku ogromne przestrzenie, kaczki pływające w stawie, które można karmić (fantastyczna atrakcja dla dziecka) i plac zabaw tak fajny, że sama wdrapywałam się po różnych drabinkach. 


Odwiedziliśmy również Ogden Water. Był to szlak do spacerowy. Najpierw szło się przez las, dochodziło do jeziora, wokół którego szła droga. My odbiliśmy w ścieżkę prowadzącą na szczyt góry, gdzie po horyzont ciągnęły się łąki i pastwiska. Taka przestrzeń działa na człowieka, jak najlepsze lekarstwo. Od razu chce się głębiej oddychać i nic nie zaburza poczucia wolności.


Nie obyło się bez shoppingu w Asdzie czy Primarku. Wygrzebałam gdzieś moją ulubioną piżamę - kombinezon, która ratuje mnie przed hipotermią na różnych wyjazdach. Obowiązkowym punktem była też księgarnia pełna przecen. Zawsze udaje się wygrzebać ciekawe tytuły.
Raz z Asią urwałyśmy się do małego baru, żeby spróbować prawdziwych fish & chips. Nawet nie było takie złe. A krem z groszku, który był w zestawie z rybą i frytkami był przepyszny. Chociaż wyglądem bardziej odstraszał.


Pobyt w Halifax był miło spędzonym czasem, bez pośpiechu, listy miejsc, które trzeba zobaczyć. Plan dnia wymyślaliśmy przy śniadaniu. Taki rodzaj odpoczynku też się przydaje. Nie trzeba latać od zabytku do zabytku tylko można flegmatycznie posnuć się wśród typowo angielskich zabudowań. Sporo też zależało od nastroju i możliwości naszego młodego podróżnika. Chociaż był takim zuchem, że zasłużył na medal.

4 komentarze:

  1. Czasem mnie oczywiste, mniej "turystyczne" miejsca dają nam więcej niż najpopularniejsze atrakcje ;-) Anglia jest piękna, nigdy nie byłam w tamtych okolicach (częściej udaje mi się zwiedzać północną część kraju). Ciekawy wpis, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzy mi się odwiedzić północ kraju. Ale to niebawem :)

      Usuń
  2. Nie podejrzewałam nawet, że może tam być tak fajnie! Sama też najchętniej obieram na cel mniej turystyczne miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie miejsca są najpiękniejsze i najlepiej się w nich odpczywa

      Usuń