×

Lizbona bez bagażu

Tym razem chciałam pokazać moje ulubione miasto komuś najbliższemu - mamie. Mama nie należy to zatwardziałych podróżników, chociaż po wyjeździe to się zaczęło zmieniać. Pomyślałam, że pokażę mój ulubiony sposób podróżowania. Znalazłam w miarę tanie loty, belgijskimi liniami, z przesiadką w Brukseli (przesiadka to rzecz bardzo istotna w tym przypadku). Nocleg zaklepałam przez booking, w moim ulubionym hostelu - Beira Mar, na Alfamie, nad rzeką. Miał być pokój z łazienką, ale musiała wystarczyć nam umywalka. Za to z okna był widok na terminal statków  wycieczkowych (cruiserów).


W cenie miałyśmy śniadania, dostęp do kuchni był prawie non-stop, sklepy niedaleko. Zresztą wszystko było niedaleko. A zwiedzanie było całkowicie według mojego planu. Może zbyt obszernego, bo chciałam mamie pokazać jak najwięcej, a najlepiej wszystko.


Wracając do lotu... Miałyśmy wykupione bagaże, bo nie chciałam, stresować mamy narzucając jej bagaż podręczny (teraz, po podróży na Islandię taka opcja w ogóle nas nie przeraża). W Brukseli poszłyśmy na kawę i jakąś sałatkę, a kiedy wsiadałyśmy do samolotu zobaczyłyśmy jakieś dwie czarne walizki stojące z dala od wszystkich, bez etykiet. Nie wiem czemu, nie wyczułam zagrożenia. Za to w Lizbonie, kiedy po kwadransie stania przy taśmie nie było maminej walizki, to we mnie zawrzało. Wcześniej nie miałam takich sytuacji. Poszłam do biura lost and found i wypełniłam formularz. Panowie zapewniali, że bagaże często przylatują następnym lotem, albo kolejnego dnia. Nawet, głupia im uwierzyłam. Na pytanie, jak wygląda walizka mówiłam że czarna, a wszyscy robili zrezygnowaną minę. Nawet w rozmowach telefonicznych wyczuwałam zmartwienie.



Mama próbowała się nie przejmować, ale wiedziałam, że kiszenie się w tych samych ciuchach przez dłuższy czas jest daleko poza jej strefą komfortu. Na szczęście mnie posłuchała i co nieco włożyła do bagażu podręcznego. Resztę dokupiłyśmy. Muszę pochwalić panie z hostelu, które wytrwale pomagały mi odszukać walizkę gdzieś w świecie. Miałam również przyjemność, jadąc hałasującym tramwajem rozmawiać z panią z Brukseli. Dobrze, że znam trochę francuski, bo brakujące słówka stosowałam zamiennie w dwóch językach i jakoś poszło. Na koniec wątku walizkowego powiem, że dwa dni po powrocie zadzwonił do mnie kurier z Okęcia. Nie wiem gdzie podróżował bagaż mamy, ale na pewno zwiedził trochę świata, sądząc po tym, ile miał naklejek.


W Lizbonie codziennie miałyśmy napięty program. Pierwszego dnia najważniejsze było kupienie mamie ubrań. Wybrałyśmy się na główny plac - Praca do Comercio i przeszłyśmy się głównymi ulicami odwiedzając popularne sieciówki. Później metrem pojechałyśmy do stacji Oriente, żeby odwiedzić centrum handlowe Vasco da Gama. Po tej wizycie mama pierwszy raz się uśmiechnęła, a mi spadł kamień z serca, bo czułam się odpowiedzialna za sytuację. Przespacerowałyśmy się po Park de Nacoes, przejechałyśmy Teleferico wzdłuż Tagu, a oceanarium zostawiłyśmy na później.





Ale najważniejsze i najpiękniejsze w Lizbonie to dać się ponieść nogom między innymi na Alfamie. Tam można się gubić do woli podziwiając wąskie uliczki, piękne murale. Z każdego miejsca jest cudowny widok, nie musi to być punkt widokowy. Przyjemnie było siadać w kawiarniach na małą kawę (w Portugalii prosząc o zwykłą kawę zamawiamy espresso, które potrafi postawić na nogi największego śpiocha) i pić ją wpatrując się w lizboński krajobraz. Nie odmówiłyśmy sobie moich ukochanych ciastek - Pastel de Nata i typowego portugalskiego dania z dorsza - Bacalhao a bras. Mogłabym jeździć kilka razy w roku, tylko po to, żeby zjeść te specjały.


Moim ukochanym miejscem są schody nad Tagiem (nie te przy głównym placu, ale kawałek dalej), na których w cieplejsze dni kwitnie życie towarzyskie, można usiąść z piwem, czy winem i patrzeć na wodę. Ja po prostu uwielbiam wodę. Dlatego ważnym punktem podróży był rejs. Tym razem trasa była dużo krótsza. Statek ruszał z terminalu Terreiro do Paco i w jedną stronę dopływał tylko na wysokość oceanarium, a nie, jak parę lat wcześniej kawałek za most Vasco da Gama (najdłuższy most w Europie), w drugą do wieży w Belem. Mimo wszystko i tak mi się podobało.


Z punktów bardziej obowiązkowych zaliczyłyśmy jazdę tramwajem 28 do cmentarza Prazeres. Przespacerowałyśmy się wśród nagrobków, odpoczywając w ciszy tam panującej.
Zjechałyśmy też typowym tramwajem - windą. Odwiedziłyśmy kilka punktów widokowych, w których ja jestem absolutnie zakochana. Patrzenie z góry na miasto daje niesamowite poczucie wolności, przestrzeni. Uważam, że panorama Lizbony ma w sobie coś niepowtarzalnego i magicznego, dlatego warto samemu wybrać się gdzieś w wyższe partie miasta.




Moje ulubione punkty to: Miradouro Sao Pedro de Alcantara, punkty obok Igreja da Graca i Senora do Monte - z widokiem na zamek i oczywiście miasto, Miradouro Santa Lucia - widok na Tag (to chyba najbardziej oblegany punkt, ale warty odwiedzenia), na szczycie Elevador Santa Justa.
Tramwaje - windy to Elevador da Gloria z Miradouro Sao Pedro de Alcantara, zjeżdżający na główną ulicę, Avenida da Liberdade, którą polecam się przespacerować i Elevador da Bica, do której dojechać można tramwajem 28 lub 25 w kierunku Prazeres. 




Jeden dzień przeznaczyłyśmy na Pomnik Odkrywców i Wieżę Belem. Ludzie są tam zawsze. Polecam widok z wieży. Wjazd kosztuje teraz 4 euro, ale ceny się zmieniają więc warto sprawdzić. Parę lat temu był o połowę tańszy.



Dojechać można tramwajem numer 15 lub pociągiem ze stacji Cais do Sodre. Wszędzie działa karta miejska, którą ładuje się w automatach przed bramkami na peron, lub w metrze, albo Lisboa Card, w którą my się zaopatrzyłyśmy. Daje ona zniżki lub darmowe wstępy do wybranych atrakcji turystycznych, oraz darmową komunikację miejską.


Można kupić katrę na 24, 48 lub 72 godziny. Razem z kartą dostaje się książeczkę - przewodnik zniżek i atrakcji turystycznych. Ceny dla dorosłych są od 19 do 40 euro. Jeżeli chce się odwiedzać miejsca wskazane w książeczce to jest to opcja bardzo opłacalna. Jeżeli ktoś, tak, jak ja woli chodzić swoimi ścieżkami i kontemplować wszystko dookoła to bardziej polecam zwykły bilet na komunikację. Ja zwyczajnie nie lubię muzeów i na razie to się nie zmienia. Wolę wsiąść w pociąg i pojechać nad ocean.


A skoro już wspomniałam o oceanie, to bardzo mi zależało, żeby mama mogła go zobaczyć pierwszy raz w życiu. Pogoda nam nie sprzyjała, więc zaopatrzone w kurtki pojechałyśmy z Cais do Sodre do Estoril, skąd przeszłyśmy się do niedalekiego Cascais.


W kurorcie były pustki, ale dorwało nas tam urwanie chmury. Deszcz lał i lał, a nie było się gdzie schować, bo knajpy jeszcze nie działały tak, jak w sezonie. Ukryłyśmy się pod kamienicą, a potem, z całkowicie przemoczonymi butami wracałyśmy z Cascais. Trzeba pamiętać, że nie na każdej stacji są bramki, w których kasuje się bilet. Na stacjach takich jak Estoril kasownik stoi sobie z boku i można go przeoczyć. A kartę zawsze trzeba skasować. 


Jakie wnioski wyciągnęłam z tej podróży? Zawsze, ale to zawsze należy włożyć do bagażu podręcznego przysłowiową szczoteczkę do zębów i majtki na zmianę. Kiedy robi się zakupy ciuchowe, w związku z zagubionym bagażem każdy, najmniejszy nawet rachunek musimy mieć udokumentowany, a następnie zeskanowany, żeby ubiegać się o zwrot, lub odszkodowanie. Do bagażu głównego nie wkładamy kluczy, zapasu pieniędzy, ładowarki do telefonu, czy innych niezbędnych do życia rzeczy. Oraz staramy się zapamiętać, co włożyliśmy do walizki / plecaka, łącznie z firmami (mnie pytali o firmy kosmetyków, ubrań itd). I nie poddajemy się w poszukiwaniach. Miałyśmy z mamą to szczęście, że walizka wróciła parę dni po naszym powrocie. Ale mój znajomy z pracy leciał dokładnie tą samą trasą i jemu zgubili bagaż w drodze powrotnej. Nie odzyskał go i długo trwały przepychanki z liniami lotniczymi. Koniec końców doczekał się wypłaty odszkodowania i to nie takiego małego. Także nie załamujemy się i walczymy.
A co do Lizbony - jak zawsze piękna i jak zawsze za mało czasu, żeby zobaczyć wszystko. Ale to dobry powód, żeby pojechać kolejny raz.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz