×

Meksyk - wielkie przygotowania

Planowanie tego wyjazdu zaczęło się późnym latem, a wersje były naprawdę różne. Najpierw miał to być trip  na Florydę - plaża, słońce i ogólne lenistwo. W aktualnej sytuacji pogodowej, cieszę się, że ten pomysł odpadł. Później miała być Tajlandia i w zasadzie by była, gdyby poszukiwania biletów nie zmroziły nam krwi w żyłach. Kraj może i jest tani, ale dolecieć tam to już trochę droższa opcja. Wiem, wiem, że można złapać loty, które nie pozbawią nas połowy oszczędności, ale my z różnych przyczyn wzięłyśmy się za późno za szukanie. Kiedy okazało się, że lot do Bangkoku i później "gdzieś dalej" odpada, to w lekkiej panice zaczęłyśmy przeglądać opcje mieszczące się w naszym budżecie i w konkretnym terminie urlopu. Dodam, że mieliśmy jechać w cztery osoby.
Tak więc, z telefonem przy uchu, tabletem w ręku, siedząc w węgierskiej knajpie przeglądałam wyszukiwarkę lotów (skyscanner). Opcje były trzy: Dominikana, Gwadelupa, albo Meksyk. Dominikana wyszła by nas drogo na miejscu, Gwadelupa jest teoretycznie niebezpieczna, więc padło na meksykański Jukatan.


Najpierw kupiłam bilety dla siebie i Adama na trasie Amsterdam - Toronto - Cancun. Później rzeźbiłam w miarę tanie połączenia, żebyśmy się spotkali na czas na lotnisku, ja, lecąc z Okęcia i Adam z Manchesteru. W międzyczasie okazało się, że lecimy tylko we dwójkę, bo dziewczyny nie mogą. Cóż, zawsze coś...
Ja będę w Amsterdamie dzień wcześniej, bo różnica w cenie lotu była około 500 złotych. Zastanawiałam się, czy spać na lotnisku, z walizką pod głową. Z jednej strony to oszczędność, z drugiej to już nie te lata. Szczególnie, że strefa wypoczynku na tym lotnisku jest za kontrolą celną i bezpieczeństwa. Tam nikt by mnie nie wpuścił. Padło więc na hotel Ibis przy lotnisku. Wybrałam najtańszą wersję z możliwych i wciąż byłam do przodu w porównaniu z lotem następnego dnia.

Na bookingu znalazłam nocleg, który nie zrujnował mojej kieszeni, ale z klimatyzacją (w tej strefie bez klimy jest ciężko), łazienką w pokoju i dostępem do kuchni (możliwość korzystania z kuchni to jedna z najważniejszych rzeczy). Później zaczytałam się w blogach i przewodnikach, co jest warte zobaczenia i zrobiłam sobie w głowie małą listę. 
Z pomocą przyszedł mi znajomy koleżanki - Roger - pracujący w biurze podróży Meksykanin. Rozmawiając z nim dowiedziałam się, co warto zobaczyć, gdzie będą tłumy turystów, jakie są mniej więcej ceny. Wypunktował miejsca historyczne, piramidy majów, najładniejsze plaże, czy najciekawsze cenoty. Pomoc tubylca zawsze jest nieoceniona.

Podczas planowania wyprawy, dla Adama, priorytetem był kurs nurkowania PADI Open Water z międzynarodowym certyfikatem. Nie dziwne, jeśli jedzie się na drugą, względem wielkości, rafę koralową na świecie (tuż po australijskiej). Zasięgnęłam języka u kolegi, który jest instruktorem nurkowania, żeby mieć jakiekolwiek pojęcie czego mam szukać. Szkół jest mnóstwo, w każdym mieście. Ważne, żeby w cenie (która jest wysoka) było wszystko - sprzęt, podręcznik, certyfikat i odpowiednia ilość nurkowań. I tu też z pomocą przyszedł Roger, który wysłał namiar na najlepszą szkołę w Cancun. W kolejnych postach na pewno opiszę, jak nam się nurkowało.


Mniej więcej w połowie organizowania wszystkiego przypomniało mi się, że przyda nam się ubezpieczenie, bo w końcu nurkowanie to nie spacer po plaży. Zresztą z moim szczęściem do spotkań z lokalną medycyną muszę być przygotowana na wszystko. Skorzystałam z rankomat.pl, bo nie miałam czasu chodzić po firmach ubezpieczeniowych i szukać. Tak jest prosto, szybko i konkretnie. Warto się wczytać, jakie sporty podlegają ubezpieczeniu (nurkowanie jest podzielone na to do 10 metrów i powyżej).

Kolejnym punktem była wiza tranzytowa do Kanady. Przyznam się, bez bicia, że to moja przyjaciółka przypomniała mi, że będzie ona w ogóle potrzebna. Na szczęście to też się robi szybko i przez internet. Wiza eTA (Electronic Travel Authorization) jest dostępna na kanadyjskiej stronie i tam wypełnia się formularz (po angielsku) z dość szczegółowymi pytaniami. Odpowiedź, na maila przychodzi do 72 godzin. Ja swoją otrzymałam po pięciu. Tam podany jest numer wizy, który należy mieć na lotnisku. 

Kiedy już odetchnęłam z ulgą, po otrzymaniu maili z wizami zaczęłam się zastanawiać, czy w Toronto wystarczy nam godzina z hakiem na przesiadkę. W internecie wyczytałam, że lecąc z bagażem nadawanym trzeba go odebrać i nadać ponownie. Przeczesałam fora internetowe, gdzie informacja ta się powtarzała. Postanowiłam napisać do polskiego przedstawiciela linii Air Canada i rozwiać swoje wątpliwości. Odpisali mi po paru godzinach. Potrzebowali numer mojego biletu, a po jego otrzymaniu od razu dostałam wiadomość, że bagaże lecą prosto do Cancun. Kolejna ulga.



Ostatnia sprawa to pieniądze. Wiadomo, że będzie nam potrzebne trochę dolarów amerykańskich i te wymieniliśmy w kantorze. Resztę bierzemy w postaci plastiku. Jestem posiadaczem dwóch kont, z dwoma kartami - mastercard i visa. Przeczytałam to i owo na blogach i przelałam potrzebną ilość pieniędzy na konto, z którego brana jest mniejsza prowizja za transakcje za granicą. Oczywiście, dla bezpieczeństwa wezmę też drugą kartę, gdyby ta pierwsza gdzieś nie działała.

Teraz pozostaje mi się modlić, żeby atak zimy nie zatrzymał mnie w Polsce, żeby Adam wyleciał na czas z Manchesteru i żeby po drodze nic się nie stało. Grafik mamy napięty, bo jest co oglądać na Jukatanie. Nie nastawiamy się na leżenie na plaży, więc będzie o czym opowiadać.

5 komentarzy:

  1. taaaaak siedzenie w węgierskiej knajpie pamiętam...i siedzenie w węgierskim hostelu kiedy nie można było wyjść na spacer, przez brak zasięgu w parku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Człowiek uczy się przez całe życie: wiza tranzytowa. Do zapamiętania. Tymczasem podziwiam logistykę przedsięwzięcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, mam nauczkę. A logistyką sama byłam zadziwiona. I wszystko się udało!

      Usuń