×

Sri Lanka - wycieczki część I

Wycieczki dalsze i bliższe

Żeby choć trochę poznać wyspę trzeba po niej pojeździć. Nikt nie musi mnie do tego namawiać, bo, jak już odpocznę po wielogodzinnej podróży, to leżenie plackiem na leżaku jest dla mnie torturą.
I tak od pierwszego dnia nosiło nas po różnych miejscach, wieloma środkami transportu.
Pierwsza połowa wycieczek prezentowała się następująco (druga połowa tutaj):

1. Szybki zwiad po okolicy (tuk - tuk)
Poleżałyśmy chwilę na naszej hotelowej plaży pośród palm, złapałyśmy drzemkę, trochę poczytałyśmy. I... już nie chciało nam się leżeć. Wzięłyśmy swoje rzeczy i poszłyśmy się przejść w poszukiwaniu sklepu z wodą i jedzeniem. Przeszłyśmy się plażą, a potem skręciłyśmy w stronę głównej drogi, przy której toczyło się życie wioski. Niestety napotkałyśmy tylko małe kioski, którym bałyśmy się zaufać pierwszego dnia. Poddałyśmy się i zgodziłyśmy zabrać się tuk-tukiem do marketu, najpierw ustalając cenę 500 rupii w obie strony. Kierowca zabrał nas do marketu, poczekał aż zrobimy zakupy. Później, trochę na siłę zaczął obwozić po Bentocie. Nawet miałyśmy szansę się przejść po głównej ulicy, na której był sklepik obok sklepiku. Zaczepiali nas wszyscy zachwalając swoje produkty i zapraszając do sklepu. To, plus gorąca, duszna atmosfera i poczucie zagubienia wzbudziło we mnie lekką niechęć. Chciałam już, natychmiast wrócić do naszej wioski. Po drodze pan zachwalał siebie jako kierowcę i przewodnika. Zostawił nam swoją wizytówkę i umówiliśmy się na smsa, jeżeli będziemy chciały pojechać na jakąś wycieczkę. A chciałyśmy...


2. Bentota trochę dokładniej (pociąg i łódka)
Budzik ustawiłyśmy na 7:30 (mimo jet laga) i Agnieszka rzuciła pomysł, żebyśmy pojechały pociągiem do Bentoty. Tam poszły nad rzekę i znalazły łódź. Na stację poszłyśmy z dużym zapasem czasu, trochę za dużym. Kasy biletowe są otwierane na pół godziny przed odjazdem pociągu, a cena biletu to jakieś grosze (20-60 rupii). Wyczekany pociąg wjechał na stację. Wsiadłyśmy do naszej trzeciej klasy. Pod sufitem wirowały wiatraki. Ja wolałam miejsce w otwartych drzwiach pociągu. I wcale nie jechał tak wolno, mimo swojego wyglądu.
W Bentocie poszłyśmy w stronę centrum, a tam wyhaczył nas miejscowy, który zaprowadził nas do ludzi organizujących rejsy po rzece. Wskoczyłyśmy na łódź, płacąc najpierw 1500 rupii od głowy. Rejs, jak to rejs. Sternik i nasz "guide", który miał głos jak przy zapaleniu krtani (na tle silnika w ogóle nie wiedziałam, co do mnie mówi) pokazywali nam różne zwierzaki (krokodyle, warany, nietoperze, orły, papugi) płynąc przy jednym, potem drugim brzegu. Wpłynęliśmy też do gęstego lasu namorzynowego, w którym poczułam się jak w innym świecie. Płynąc na drugą stronę jednego mostu musieliśmy wszyscy kucać, bo poziom wody w rzece zmienia się co sześć godzin (zależnie od przypływu w oceanie), a most był niski.


Na końcu rzeki był Spice Garden, niby darmowy. Tam lekarz ajurwedyjski pokazywał nam różne rośliny i preparaty jego wyrobu. Na koniec jego student zrobił mi masaż, gdyż lekarz w moich oczach zobaczył problemy z kręgosłupem. Studentowi należał się napiwek. Na do widzenia weszłyśmy do ajurwedyjskiej apteki i tam doktor trochę naciągnął nas na swoje wyroby. Łodzią wróciłyśmy do punktu początkowego i poszłyśmy szukać drogi do Induruwy. Znalazłyśmy przystanek autobusowy, ale w końcu szarpnęłyśmy się na tuk-tuka za 250 rupii.
Co mnie wkurzyło? Oprócz 1500 rupii za rejs napiwek należał się chłopcu pokazującemu krokodyle, później studentowi, a na sam koniec jeszcze sternikowi. O wszystkim przypominał nasz przewodnik o piskliwym głosie, który pewnie też chciał coś dostać, ale cóż... My biedne, nierozgarnięte blondynki nie załapałyśmy o co mu chodzi.


3. Udawalawe (samochód i jeep)
To była wycieczka z naszym pierwszym kierowcą tuk-tuka. Przyjechał o 4 rano i wsiadłyśmy do eleganckiego samochodu, od razu zapadając w drzemkę. Przebudziłam się na wschód słońca w górach - coś pięknego. Koło 8:30 byłyśmy przed Parkiem Udawalawe. Pierwsze słonie dało się zobaczyć już z drogi. Tam kierowca zaprowadził nas do naszego jeepa, po drodze zgarnęliśmy przewodnika i jazda. Piękne widoki, zwierzęta, roślinność. Przewodnik widział rzeczy, których my nie zauważałyśmy. O nurkujących bawołach i słoniach już pisałam. Jeździliśmy ok 2,5 godziny po parku. Mogłyśmy prosić o więcej, ale słońce dosłownie paliło moją skórę, bo, mimo daszku, ciągle świeciło we mnie. Do tego pełen pęcherz na takim offroadzie nie pomaga.


Po Udawalawe ruszyliśmy w stronę Marrisy - najpiękniejszej plaży, a dalej Unawatuny. Kierowca zatrzymywał się gdzie chciałyśmy i na ile chciałyśmy. Aczkolwiek był trochę "pushy". Ciągle gadał, a człowiekowi zmęczonemu i przegrzanemu czasem ciężko przestawić mózg na angielski z hinduskim akcentem. Do tego chciał koniecznie znać nasze dalsze plany. Rzucał propozycje wycieczek, wraz z cenami i komentarzem, że tylko on jest uczciwy a cała reszta świata chce nas oszukać. Nie podobało mi się takie zachowanie, a co gorsza odebrałam to trochę jak zamach na moją niezależność. Regulując płatność za wycieczkę z nim (jak się później okazało bardzo zawyżoną) pożegnałyśmy się z nim na dobre.


4. Sigirya i Dambulla (samochód)
Tą wycieczkę zaplanowali sąsiedzi z pokoju obok. A konkretnie to oni znaleźli najlepszego kierowcę w naszej okolicy, albo i na całej Sri Lance. Za ustaloną kwotę (w tym przypadku 120 USD za wszystkich) był do naszej dyspozycji przez cały dzień. Zażyczyliśmy sobie wdrapać się na Sigiryę - samotną górę pośród lankijskiej dżungli. Z hotelu wyjechaliśmy o 4:30 i w 3,5 godziny byliśmy na miejscu. Naszym oczom ukazał się ogromny ostaniec i tłum ludzi. Athula poszedł z nami do kasy, pokazał, gdzie mamy iść, a do góry wdrapywaliśmy się sami.


O historii Sigiryi jest dużo informacji w internecie. Kiedyś był to kompleks basenów, park, a dla wybranych przez kobiet baseny na szczycie skały. Bilet kosztuje 4500 rupii. Żeby dojść do właściwych schodów trzeba pokonać wyryte w skale małe i strome schodki. Przy słabszej kondycji może to być problem. Dodając do tego upał ponad 30 stopni to już wyczyn. Ze mnie pot lał się strumieniami. Miałam dużo wody, więc nie padłam, ale na własne oczy widziałam, jak starszy pan leżał obok schodów, a wokół niego rozgrywała się akcja ratunkowa.


Wdrapując się na skałę trzeba wejść po stromych schodach do jaskini z malowidłami, które przetrwały setki lat, a zaraz potem tak samo stromymi schodami zejść, żeby znów móc wejść pod górę. Przed samą skałą jest mały, zacieniony placyk, gdzie można odetchnąć i złapać siły na ostateczne podejście. Przechodzi się przez łapy lwa i brnie do góry po wąskich, stromych, ażurowych i dwukierunkowych schodach. Jak dla mnie to było coś przerażającego, szczególnie to wymijanie. Na szczęście kiedy schodziliśmy było luźno, bo mogłabym wpaść w panikę. A na górze baseny i widok. Rozciągająca się po horyzont zieleń dżungli, gdzieniegdzie ryżowe pola, a w oddali wysokie góry. Nie ma słów na takie widoki, trzeba je po prostu kontemplować.


Zejście nie jest tak męczące, aczkolwiek trzeba odstać swoje w kolejkach. Po drodze spotkaliśmy kilka małp i miejscowych obdzieraczy z pieniędzy. Mieli wodę, pocztówki i drewniane, rzeźbione skrzynki - bez szału. Nasz kierowca czekał przy wyjściu.


Po przystanku na kokosa pojechaliśmy do Dambulli - kompleksu świątynnego wyrytego w skale. Wejście do niego znajduje się od drugiej strony, niż wielki, złoty Budda i muzeum buddyzmu. My nie posłuchaliśmy Athuli i zamiast wrócić do auta, żeby nas podwiózł to poszliśmy sami. I znów po schodach pod górę, potem w dół do wejścia i znów milion schodów. Bilet 1500 rupii.


Tam zwiedzanie jest na boso - uwaga na gorące płyty chodnikowe. Wzdłuż skały znajdują się małe, wydrążone komnaty, a w nich posągi Buddy leżące, stojące, siedzące. Po przejściu dwóch sal ma się wrażenie, że w pozostałych jest to samo. Mimo wszystko świątynia robi wrażenie i warto ją odwiedzić. Przy okazji spotkałam najsłodszą małpią rodzinę siedzącą przed wyjściem.




9 komentarzy:

  1. Egzotycznie i przepięknie. Miło poczytać. Z naszym maluchem to jeszcze musimy poczekać na takie kierunki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodziny z dziećmi też były, ale raczej spędzały czas w okolicy hotelu. Mam doświadczenia z dwulatkami. Czasem się trochę buntują ale ogólnie podróże z dziećmi uważam za udane ;)

      Usuń
  2. Zawsze najbardziej kuszącym środkiem transportu jest dla mnie pociąg. Chociaż spróbowałabym też łódki :) Zwłaszcza w takich egzotycznych miejscach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam wszystko, co porusza się po wodzie, dlatego polecam gorąco ten środek transportu :)

      Usuń
  3. Niesamowity widok na górę, jak i z góry!! Coś pięknego :) Dobrze, że wspomniałaś o wodzie, jest to niezwykle ważne, nie tylko w tropikach ;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widoki mówią same za siebie. Miejsca bardzo oblegane, ale warto je odwiedzić

      Usuń
  4. Czwarty punkt chyba najciekawszy, Sigirya i Dambulla robią kolosalne wrażenie, chętnie wpadnę po kolejne części ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobały. I faktycznie wrażenie jest niesamowite :)

      Usuń