×

Sri Lanka - wycieczki część II

Dalsza część wycieczek była równie imponująca, chociaż takiego tłumu, jak na Sigiryi już nie spotkaliśmy, co przyjęłam z wielką ulgą. No, może w Świątyni Zęba Buddy było sporo ludzi, ale po kolei:

5. Induruwa (piechotą)
Któregoś razu Aga znudziła się leżakiem i zarządziła pójście do sklepu. Ok, poszłyśmy, kupiłyśmy co trzeba i wracałyśmy. Po drodze mijałyśmy prostopadły do głównej drogi zakręt, który zachęcał nas do spaceru. Skręciłyśmy. Nad nami zaczynały zbierać się czarne chmury i coś mruczało, ale twardo szłyśmy. Wchodząc coraz głębiej do dżungli napotykałyśmy normalne domy, normalnych, uśmiechniętych ludzi, witające nas z radością dzieci. Z każdym wymieniłyśmy radosne "hello". Było naprawdę przyjemnie, tak, jakby 2 km dzieliły normalne życie od turystycznego przepychu.


Jedyne, co mnie nie zachwyciło to były wielkie małpy, wrzeszczące, pokazujące kły i biegające po liniach wysokiego napięcia. Uciekłam z krzykiem robiąc, przy okazji przedstawienie dla dzieci mających właśnie lekcje w betonowej budce, wyglądającej jak przystanek autobusowy. Po drodze posiliłyśmy się jedzeniem z przydrożnej budki - ostre, ale pyszne. I żadna zemsta nas nie dosięgnęła.

6. Kandy i Pinnawala (samochód)
Kolejna wycieczka z Polakami i Athulą. W Kandy znajduje się Świątynia Zęba Buddy. To dla buddystów takie miejsce, jak dla nas Jasna Góra. Ząb Buddy zamknięty jest w siedmiu szkatułach, w specjalnej sali, do której nie każdy może wejść. W świątyni jest też miejsce, do którego nosi się jedzenie dla Buddy i akurat widzieliśmy ten obrządek. Dla mnie wyglądało to dosyć egzotycznie - przez szpaler w tłumie szła delegacja mnichów niosąca ogromne miski z jedzeniem i w asyście bębnów i innych instrumentów wnosiła je za zamknięte drzwi. Świątynię oczywiście zwiedza się na boso, w niektórych miejscach nie można robić zdjęć.


Wszystko jest niesamowicie kolorowe i radosne. Wejście kosztuje 2500 rupii plus pieniądze za przechowanie butów. Nie można wejść w zbyt wyciętym stroju. Należy mieć zasłonięte kolana i ramiona. Przed wejściem stoją miejscowi z kawałkami materiałów, które można wypożyczyć za ok 200 rupii i owinąć się nimi jak spódnicą. Z ważnych rzeczy - nigdy nie można stawać do Buddy plecami i tego pilnują "ochroniarze".


Ja nie lubię tłumów, więc po obejrzeniu najważniejszych rzeczy chciałam szybko uciec. Świątynia jest ciekawa, ale lepsze wrażenie zrobiła na mnie ta w Dambulli.
Później pojechaliśmy do Pinnawali - sierocińca słoni. Po drodze zahaczyliśmy o małą fabrykę herbaty, gdzie za darmo pokazywany jest proces produkcji. Jest też degustacja najpopularniejszego gatunku i na koniec najlepiej kupić coś w ich sklepiku. Ale ceny znacznie przewyższają te w tea shopach, które można znaleźć w każdym mieście.


Pinnawala tylko z nazwy jest sierocińcem. Tak naprawdę to małe, słoniowe zoo. Płaci się za wejście 2500 rupii, a dla chętnych dodatkowe 350 za butelkę mleka, jeśli chce się słonia dotknąć. To było moje marzenie, ale butelki nie kupiłam. Ludzie zbierają się dookoła betonowej, ogrodzonej areny pod dachem i tam wpuszczane są słoniątka w asyście wolontariuszy.


Ci, którzy kupili mleko mogą wejść na specjalny podest i mają jakieś 10 sekund na fotę ze słoniem. Po wszystkim słonie jeszcze chwilę chodzą wokół areny. I to był właśnie mój moment. Podeszłam w miejsce, gdzie był łatwiejszy dostęp do zwierzęcia i go pogłaskałam. Niesamowite uczucie. Twarda, szorstka skóra, a do tego rzadkie włosy, sztywne jak szczotka. Na środku parku stała ciężarna słonica, którą można było dokarmiać owocami (koszyk owoców za 250 rupii). Kupiliśmy jeden koszyk i we czwórkę ustawiliśmy się w kolejce do słonicy. Udawałam, że nie widzę jej łańcucha na szyi.


Pozostałe zwierzaki stały za ogrodzeniem, w pełnym słońcu. Żal mi ich było strasznie. Zawsze w zoo mam ochotę pootwierać wszystkie klatki i zagrody. Tak było i tutaj. W cenie biletu można przejść nad rzekę, na drugą stronę głównej drogi i zobaczyć kąpiel słoni. Nam przerwała gwałtowna burza. Tak gwałtowna, że drogami natychmiast popłynęły rzeki. W drodze powrotnej podjechaliśmy na lunch do miejscowej knajpy, a tam curry z ryżem, dhal, tuńczyk i inne bardziej skomplikowane szaleństwa z curry. Wszystko pyszne i tanie.


7. Hikkaduwa (pociąg)
Do tej bardzo turystycznej miejscowości pojechałyśmy pociągiem, głównie na zakupy. Chciałyśmy przywieźć do Polski herbatę, ja, jak zwykle magnesy i wyjątkowo jakiś miejscowy ciuch.
Pociąg jechał godzinę, cena biletu to 60 rupii. Standardowo zajęłam ulubione miejsce w otwartych drzwiach. Na miejscu poszukałyśmy tea shopu, gdzie bardzo miłe panie cierpliwie pakowały nam wybrane herbaty. Aga zażyczyła sobie pół sklepu ;) Jedyne, co nas tam denerwowało to nabzdyczone Rosjanki i dwie Iranki, które nie miały pojęcia co to jest kolejka. Udało mi się również zamówić sukienko - spodnie, szyte na miarę, z wybranego przeze mnie materiału. Pani zajęło to trochę ponad godzinę, a cena, w przeliczeniu na złotówki była koło 30. W typowych, pamiątkowych sklepach ceny są odpowiednio wysokie. Ale magnesy trzeba było przywieźć.


Miejscowość typowo nadmorska, blisko plaży prezentowała się zwyczajnie. Niezwyczajne były chmury, które z chwili na chwilę ciemniały i im bliżej byłyśmy dworca kolejowego, tym większe krople deszczu spadały nam na głowy. Kiedy wsiadłyśmy do pociągu nie było nic widać, a ciemność rozświetlały błyskawice. Tu z pomocą przyszedł google, który pokazywał ile jeszcze stacji nam zostało. Chłopiec jadący z nami też podpowiadał nam, która teraz stacja. I nagle pociąg zatrzymał się przy nasypie, a chłopiec mówi to tu. Na torze obok platformy peronu stał drugi pociąg. Miałyśmy skakać, to skoczyłyśmy. Aga ześlizgnęła się z drabinki obijając sobie to i owo, ale nie przebiła wysiadającej obok Niemki, która straciła równowagę i stoczyła się pod pociąg. A myślałam, że takie rzeczy to tylko na filmach.


8. Dżungla (tuk - tuk)
Kolejnego dnia wymyśliłam, że chętnie zobaczyłabym dżunglę od środka i namówiłam towarzyszy podróży na wycieczkę nad wodospad. Athula, wraz ze swoim znajomym podjechali po nas tuk -tukami i po ponad pół godzinie jazdy dotarliśmy do ścieżki prowadzącej do celu. Jak się okazało dróżka chowała się pośród zarośli, była coraz węższa i węższa, żeby w końcu dojść do rzeki. Rzeka po kolana okazała się za dużym wyzwaniem dla niektórych, więc się podzieliliśmy. Szliśmy z Agą i Athulą wzdłuż rzeki, wśród gęstych zarośli, a nad naszymi głowami skakały małpy, wydając przerażające dźwięki. Doszliśmy do wodospadu, gdzie chwilę odpoczęliśmy.


Athula ostrzegł mnie przed pijawkami i wręczył kawałek cytryny, żeby w razie czego opryskać niechcianego natręta. I tak, jak powiedział, tak się stało. Pierwszy raz miałam pijawkę i nie myślałam, że to takie żwawe zwierzę. Do tego bardzo łatwo czepia się naskórka, stąd ta cytryna. Wracając podziwialiśmy lankijskie widoki, w tym ludzi pracujących na polach ryżowych. Wiedziałam, że są głębokie i błotniste, ale nie myślałam, że siejąc ryż stoi się w błocie wyżej niż po kolana. Mój szacunek dla ciężkiej pracy zrobił się jeszcze większy.



9. Kosgoda (piechotą i tuk - tuk)
Ostatni dzień był pochmurny. I tylko dzięki temu udało mi się namówić Agę na spacer wzdłuż plaży do oddalonej 6 km Kosgody, gdzie znajdują się wylęgarnie żółwi. Szło się ciężko po miałkim piasku, bo na tym twardszym fale były po pas i atakowały znienacka. Udało nam się dotrzeć do skalnych schodów prowadzących na klif.


Tam niestety uczepił się nas namolny tubylec, który chciał byc naszym przewodnikiem. W żaden sposób nie udało nam się go pozbyć. Nie pomógł okropny wyraz twarzy, traktowanie go jak powietrze, odmowa, nic. Z klifu było widać resztki hotelu, który w 2004 został zmyty przez tsunami.


Widok straszny ale i fascynujący. Zawsze ciekawiły mnie naturalne zjawiska i ich skutki. Uparłam się, że możemy obejść hotel od strony wody, a nie wracać tą samą drogą. Bardzo nie lubię zawracać. I tak wśród wyczynów możemy odhaczyć wspinaczkę po skałach w najlepszym do tego obuwiu - japonkach. Nic sobie nie urwałyśmy, japonki przetrwały, a poszukiwane żółwie były tuż za skałami.


Jak się okazało wejście do malutkiego kompleksu kosztuje 1000 rupii od głowy, a nie 500, jak mówili nasi znajomi. Podobno w tym kraju ma znaczenie, czy rozmawiają z samymi kobietami, czy z facetem. Oprowadzał nas Brytyjczyk pracujący tam jako wolontariusz i opowiedział nam chyba wszystko o żółwiach, ich wylęganiu, dorastaniu, jedzeniu, spaniu. Baseny były podzielone pod względem wieku żółwi, oraz gatunku. A obok znajdowała się wielka piaskownica, gdzie dojrzewały żółwie jaja. Tubylcy dostają pieniądze za przynoszenie jajek do wylęgarni. Tak próbuje się pomóc w utrzymaniu gatunku. Żółwi nie pozwolili nam dotknąć, chociaż przeglądając internet trafiłyśmy na zdjęcia ludzi z żółwiami na rękach. Pozostał pewien niesmak. Z drugiej strony, czy kiedyś jeszcze zobaczę te zwierzęta z takiej odległości - nie wiem...

4 komentarze:

  1. Czytałam z zapartym tchem. Rany, jak ja Ci zazdroszczę takiej wycieczki. To musi być coś niesamowitego. Choć raz w życiu chciałabym przeżyć taką wyprawę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, to było coś niesamowitego. Ale to nie znaczy, że tak trudno jest spełnić marzenie i przeżyć podobną przygodę. Chcieć znaczy móc :)

      Usuń
  2. Sri Lanka jest tak soczyście zielona!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko dzięki częstym, naprawdę obfitym opadom...

      Usuń