×

Bezglutenowa wegetarianka w podróży

Kiedy spacerowałyśmy z Kasią i jej dzielną córką po Budapeszcie padło sakramentalne pytanie - "Gdzie idziemy jeść?". Po poprzednich dniach byłam lekko zniechęcona. Nie dość, że język węgierski brzmi tak obco i niezrozumiale, że ciężko się domyślić, co jest w menu, to jest to kraj, w którym je się mięso w każdej postaci i wszędzie się je przemyca. A jeśli nie mięso to kluski i naleśniki. Szach, mat - królestwo glutenu.

Zacznijmy od tego, że mięsa nie jem od jakichś dziesięciu lat. Przestałam jej jeść, bo mi nie smakowało. A im dłużej tkwiłam w tym postanowieniu, tym bardziej było mi żal małych, biednych zwierzątek. Teraz nie zjem niczego, co ma jakikolwiek mięsny posmak, mięsny sos, albo oka tłuszczu zwierzęcego. I nic nie przekona mnie do spożycia mięcha. Złamałam się tylko raz, wiele lat temu, próbując na Jamajce jerk chicken (narodową potrawę w postaci wędzonego/grillowanego kurczaka w przerobionej, starej beczce po ropie). Był warty grzechu, ale trawiłam go ponad dobę.
Na szczęście na mojej liście produktów dozwolonych są niektóre ryby, jajka i owoce morza. Żeby było jeszcze trudniej mleko krowie też omijam szerokim łukiem.
I jak sobie z tym radzić? Jakie kraje są przyjazne dla takich dziwnojadów jak ja?


Jadąc gdziekolwiek, do hotelu każdy powinien znaleźć coś dla siebie, jeżeli posiłki podawane są w postaci bufetu. A jeżeli są to dobre hotele to na pewno będzie różnorodnie. Gorzej z opcją Bed&Breakfast - zwykle to są bułki, bądź chleb, płatki z mlekiem i mocno słodzony dżem. Osobiście nie ruszę niczego z tej listy, więc na takim śniadaniu wypijam kawę, a z lodówki, która jest ogólnodostępna w większości hosteli na całym świecie wyciągam na stół swoje jedzenie.
Często wykręcam się z proszonych kolacji, u znajomych z różnych miejsc, chyba, że umawiamy się na wspólne przyrządzanie i będę miała coś do powiedzenia w kwestii wyboru menu. Ale, uwierzcie, jak bardzo było mi głupio w Hiszpanii, kiedy mama kolegi zrobiła ogromniastą patelnię paelli, w której widziałam kawałki mięsa i musiałam odmówić, jedząc zamiast tego pięć szparagów. Przykre, prawda?


Jeśli chodzi o jedzenie na mieście to taktyka jest prosta. Najpierw przeglądam w internecie ewentualne polecane miejsca i sprawdzam menu. Jeżeli nic nie przykuje mojej uwagi, to stawiam na spontaniczny wybór. Przed restauracjami zwykle są wystawione karty z daniami i łatwo sprawdzić, co się dla mnie nadaje. A jeżeli wszystko jest w dziwnym języku, albo alfabecie to w ciemno mogę iść do knajp indyjskich, nepalskich, czy innych azjatyckich. Dobrym pomysłem są też makaronowe fastfoody, gdzie można wybrać rodzaj makaronu (np ryżowy) i dodatki. A jeżeli nie jestem strasznie głodna to wystarczy mi coś włoskiego, gdzie na pewno znajdę sałatkę z jakimiś jadalnymi dodatkami. Także nie jest źle.


Czyli, jak łatwo się domyślić, moją ulubioną opcją jest samodzielne przygotowywanie posiłków. Zwykle wybieram noclegi z dostępem do kuchni, przeszukując booking.com, airbnb.com itp. Na miejscu szybko wybieram się na spacer, żeby zbadać możliwości sklepowe w okolicy. Kiedy już znajdę market, albo targ to kupuję produkty na poszczególne posiłki. Wiadomo, że trzeba trochę zaplanować menu i nie daje to pełnego luzu podczas wypoczynku, ale dla mnie to najlepsza opcja z możliwych, bo wtedy wiem, co jem i nie będę się później skręcać z bólu.


Na koniec parę słów o krajach, w których znalezienie jedzenia było bardzo proste i tych, gdzie graniczyło z cudem.
Wspaniale wspominam Jamajkę. Wybór był ogromny, zarówno dla wegetarian i mięsożerców. Na Jamajce duży procent mieszkańców to Rastafarianie, a oni jedzą tylko to, co daje im Matka Ziemia - czyli warzywa, owoce i zero chemii. Tam się czułam świetnie.
Tak samo miło było na Sri Lance, czy na Malediwach. Sri Lanka to kraj Buddystów, którzy z założenia nie krzywdzą zwierząt. Do tego prawie nie używa się tam pszenicy w codziennej kuchni (nie mówię o jakichś przetworzonych przekąskach). Malediwy, z racji podobnego klimatu mają tak samo duży wybór roślin, co Cejlon.
Z krajów europejskich sporo produktów eko i tych udziwnionych (czyli dla mnie) jest w Holandii (tam są duże eko markety), w Anglii (związane z różnorodnością kulturową społeczeństwa - każdy znajdzie coś dla siebie), Portugalii, Grecji i Chorwacji (najlepsze owoce morza).
Za to w krajach bardzo mięsno - mącznych i tych z wysoko przetworzoną żywnością łatwo nie było - Hiszpania, Węgry, Norwegia, Niemcy. Nawet w naszych górach nie jest łatwo, szczególnie na Śląsku.


Cóż, dla chcącego nic trudnego. Trzeba się czasem trochę pomęczyć, pokombinować, ale z głodu nigdy nie padłam. Także nawet dla dziwnojadów nie ma przeszkód w podróżowaniu, może ewentualnie wyzwania. Ale, nie chwaląc się, udało mi się przeżyć tydzień Woodstocku (gdzie nie ma dostępu do normalnego jedzenia i czasu na wyjazd do miasta) na diecie warzywno - owocowej, bez żadnych odstępstw. Można? Można! :)


Ale, ale! Ostatnio przeszłam chrzest bojowy. Walka polegała na tym, żeby nie uciec. Otóż byłam gościem grupki Rumunów u nich w kraju. W związku z tym, że nie było ich w domu na święta, to zrobili sobie święta na początku stycznia. I teraz zderzenie z tradycją, którą należy szanować, szczególnie, jak się jest gościem. Przeżyłam świniobicie. Od razu zapowiedziałam, że nie chcę na to patrzeć, nie chcę niczego słyszeć. Szczerze mówiąc nie zagłębiałam się w kolejne etapy tej tradycji, próbowałam nie patrzeć na zakrwawionych gospodarzy i płaty mięsa, które przynosili do przedsionka. Jedynym problemem było usytuowanie sławojki - była tuż obok "stanowiska pracy". Dałam radę, ale raz w życiu mi wystarczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz