×

Madera - wyspa wiecznej, trochę deszczowej wiosny


To miał być kolejny wyjazd z mamą. Skoro przeżyła ze mną podróż do stolicy Portugalii z noclegiem w hostelu (Lizbona bez bagażu) to tym razem przyszedł czas na opcję z biurem podróży. Wybrałam hotel w Ponta Delgada, na północy wyspy. Nie był nadmiernie elegancki - ot zwyczajny, nie za duży hotel nad samym oceanem.


Sam lot na Maderę był fascynujący. Pomijam towarzystwo naszych rodaków, którzy przez kilka godzin imprezowali. Nie bez powodu lotnisko na Maderze należy do ośmiu najbardziej niebezpiecznych na świecie. Zbudowane na skraju urwiska, na betonowych palach wchodzących w ocean (dobudowane na długość w niedalekiej przeszłości). Jak na złość przed samym lądowaniem zebrały się czarne chmury i zaczęło lać. Wtedy zrozumiałam, czemu pasy w samolocie mają taki kształt. Pierwszy raz tyłek oderwał mi się od fotela na taką wysokość. Podchodząc do lądowania obrywaliśmy bocznymi podmuchami wiatru, a pilot do samego końca walczył, żeby "wyprostować" skrzydła. Dał radę, zabrzmiały oklaski, a zza chmur wyjrzało słońce.


Do hotelu zabrał nas autokar. Trzeba było przejechać z południa na północ, a żeby ominąć góry na Maderze wybudowano wielokilometrowe tunele biegnące w poprzek wyspy. Wyjeżdżając na powierzchnię spoglądałyśmy na imponujące, strome zbocza gór. Drogi były wąskie, kręte, nie raz nad ogromnymi przepaściami. Kierowcy autokarów osiągali poziom arcymistrzowski wymijając się na centymetry. Początkowym pomysłem na zwiedzanie wyspy było wypożyczenie samochodu. Jednak pierwsze spotkanie z Maderą odmieniło mój pogląd na to, że jestem dobrym kierowcą, a później decyzja podjęła się sama.


W hotelu poszłyśmy na spotkanie z przedstawicielem naszego biura podróży i zdecydowałyśmy się na kilka wycieczek: południe i wschód wyspy (z krótkim zwiedzaniem stolicy - Funchal), trekking na Tres Picos i jeep safari po bezdrożach, objazd gór z wizytą w Dolinie Zakonnic.


Z Funchal pamiętam jazdę kolejką (teleferico) na wzgórze, gdzie mieścił się piękny ogród botaniczny. Było również zjeżdżanie wąskimi uliczkami w wiklinowych koszach (atrakcja dla odważnych). Była wizyta w małym kościółku, do którego pielgrzymowali mieszkańcy wyspy.




Widzieliśmy także wschodnie wybrzeże z mocno wysuniętym skalistym cyplem Ponta de Sao Lorenco. Było też dużo deszczu i błota, które towarzyszyły nam przez cały wyjazd.
A potem zaczął się ból gardła i trudności w przełykaniu, z bardzo wysoką gorączką. Przywitałam się z dawno zapomnianą przyjaciółką - anginą.


Kolejne dni były jak wyrwane z życiorysu. Zmagałam się z gorączką 40 stopni i ledwo przełykałam ślinę. Dobrze, że z łóżka miałam widok na ocean - tyle dobrego. Mama, mimo swoich oporów językowych w aptece kupiła termometr i leki, żeby chociaż trochę mi ulżyć. Ale bez antybiotyku nie dało by rady. My nie miałyśmy przy sobie nic (nauczka na przyszłość), więc trzeba było jechać do przychodni. A cała procedura była skomplikowana. Najpierw telefon do rezydentki, ta załatwiła taksówkę i wizytę w prywatnym gabinecie. Przelotnie powiedziała, że trzeba zawiadomić ubezpieczyciela. Zapomniała tylko wspomnieć, że zawiadomić go należy w ciągu 24 godzin (w umowę wczytałam się później, bo wcześniej walczyłam o życie). Koniec końców 80 euro poszło w zapomnienie.


Taksówkarz zabrał nas do doktora, który mówił po angielsku (za to pani rejestratorka absolutnie nie - tylko portugalski wchodził w grę). Lekarz zbadał mnie całą, dokładnie, dopiero na końcu kazał pokazać gardło. Uradowany, jakby odkrył Amerykę zaproponował zastrzyki z penicyliny, na co ja się nie zgodziłam. Pozostaliśmy przy tabletkach. Kierowca zawiózł nas do apteki, a potem do hotelu. Z dnia na dzień czułam się lepiej, chociaż byłam bardzo osłabiona. W wachlarzu rozrywek były tylko spacery po naszej wiosce. Nieważne, że raz się uparłam na wspinaczkę po zboczu. Po drodze myślałam, że skonam, ale się uparłam.


Kolejne wycieczki, na których byłyśmy to Dolina Zakonnic, położona w samym sercu gór. Widoki przepiękne, drogi przerażające. Kilka razy, jadąc autokarem mieliśmy wątpliwą przyjemność mijać się z innym autokarem. Może życie nie przeleciało mi przed oczami, może nie odmawiałam zdrowasiek, nie histeryzowałam, ale do lekkiego paraliżu mogę się przyznać. Wrażenie, że zaraz spadniemy w ogromną przepaść było wręcz namacalne. Jeżeli ktokolwiek myśli, że jest świetnym kierowcą, to niech jedzie na Maderę i tam zderzy się z rzeczywistością. 
Zatrzymaliśmy się w górach, z widokiem na Dolinę, żeby zjeść lunch. Pogoda nie była wymarzona, ale na szczęście coś było widać przez wielkie okna.



Odwiedziliśmy też tradycyjne chaty w miejscowości Santana. I tu się zawiodłam. Na zdjęciach wygląda to dużo lepiej. W rzeczywistości stoją trzy chaty, ludzi jest co najmniej 10 razy więcej, a z tradycji niewiele pozostało. Wszystko jest zrobione pod turystów, nierealne, chociaż ładne.



Kolejnego dnia pojechałyśmy na Jeep Safari, z firmy Dragon Tree (http://dragontreetravel.com/PL/), na którym nasz kierowca i przewodnik - Julian, zabrał nas na górski offroad dostępny tylko jeepami. Wjechaliśmy na szczyty gór, gdzie pasły się "dzikie" krowy, oglądaliśmy kręte drogi, z których część była zamknięta (zarwana, przysypana - lawiny błotne). 



Jeździliśmy wśród lasów eukaliptusowych, które niesamowicie pachną. Julian opowiadał nam wszystkie ciekawostki związane z wyspą. Zabrał nas nawet na małe grzybobranie, w swoje ulubione miejsce, pełne ogromnych prawdziwków. 
Na lunch pojechaliśmy do małej, rodzinnej knajpki, z pysznym jedzeniem (chociaż mi w Portugalii łatwo dogodzić, bo uwielbiam ich kuchnię). Ta wycieczka była zupełnie inna niż wszystkie, bardziej kameralna i dużo ciekawsza. 



Nie wszystkie turystyczne miejsca utkwiły mi w pamięci. Za to zapamiętałam obrazy wysokich klifów i gniewnego oceanu, którego fale rozbijały się o skały. Roślinność była soczyście zielona, bujna, pachnąca. Smakowicie wyglądały drzewa awokado, które aż uginały się pod ciężarem owoców. Maderskie drogi na zawsze pozostaną w mojej głowie, a szacunek dla tamtejszych kierowców będzie zawsze kolosalny. Fascynujące było to, jak ludzie radzili sobie ze skalistymi zboczami, gdzie ziemi pod uprawy jest niewiele. Tarasowe poletka z warzywami, czy plantacje bananów - wszystko hodowane z wielkim wysiłkiem.



Jedyne, co nie było zgodne z naszym planem to pogoda. Wyspa wiecznej wiosny była kapryśna i zalała nas hektolitrami deszczu. Podobno trafiłyśmy w anomalię, kiedy to niż azorski zmienił kierunek i przywiał chmury nad Maderę. Nie można mieć wszystkiego. Jedyne czego żałuję to, że nie wdrapałam się na Tres Picos (trzy najwyższe szczyty górskie). I to jest powód, żeby kiedyś wrócić.




6 komentarzy:

  1. Przepiękne miejsca. Fajna wycieczka, szkoda tylko, że z chorobą w tle. Powodów, żeby wrócić jest więc więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, powodów jest dużo więcej, ale wymieniłam ten najważniejszy ;) Wyspa jest tak piękna, że z chęcią wrócę.

      Usuń
  2. Świetny post. Wyspy, które można przejechać w miarę szybko samochodem sa moim zdaniem ekstra, bo można je zwiedzać w swoim tempie, ale zorganizowane wycieczki są również ok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy sposób podróżowania ma swoje wady i zalety. Następnym razem zwiedzać będę po swojemu i na pewno nie odpuszczę trekkingu.

      Usuń
  3. Z chorobą nie ma żartów. Podczas mojej ostatniej wycieczki do Hiszpanii dopadło mnie zapalenie pęcherza. Też nie było lekko.

    Co do Madery jest cudowna i taka zielona. Sama byłam tyle że w południowej części wyspy. Ze względu na brak samochodu i czasu niestety więcej nie udało mi się zobaczyć. Na pewno tam kiedyś wrócę by zobaczyć druga stronę i więcej gór.

    Zapraszam do zobaczenia mojej relacji: http://www.life-myjourney.com/madera-atrakcje/

    OdpowiedzUsuń