×

Manchester - pamiętajcie: "Nie ma złej pogody..."

Wyjazd do Manchesteru był bardzo spontaniczny i raczej ze względów towarzyskich. Jako, że byłam już w okolicy to wiedziałam czego się spodziewać (wspomnienia z Halifaxu). Kupiłam bilety jednego z tanich przewoźników, z bardzo późną godziną przylotu. Znajomy, do którego leciałam w odwiedziny miał akurat nocną zmianę. Ale co to dla nas? Zamiast niego miał mnie odebrać jego kolega. Nieważne, że nigdy się nie widzieliśmy. Dostałam jego zdjęcie, zdjęcie auta i mieliśmy się złapać w strefie "pick-up".

Byłam lekko przerażona, kiedy cała rzesza ludzi poszła w tym samym kierunku i co chwilę podjeżdżały kolejne auta. A jak się w nocy gorzej widzi to już jest level hard. Paweł podjechał, kiedy bujałam się na krawężniku i rozpoznanie siebie zajęło nam całe 5 sekund. Potem wiózł mnie przez jakieś chaszcze do domu w Salford.
Dom był typowo angielski - wilgotny, zimny i trochę straszny. A, że na noc zostawałam sama, zaopatrzona w szczegółową instrukcję obsługi, to czułam się nieswojo. Od razu doszłam do wniosku, że mam za mało ubrań, bo z zimna się cała trzęsłam, nawet pod kołdrą. Zaprzyjaźniłam się z piecykami rozstawionymi w różnych pomieszczeniach. Bez nich byłoby dużo gorzej.


Kiedy znalazłam rano zwłoki Adama dogorywające po nocy chciałam jak najciszej wziąć coś do jedzenia, ale wiecie, jak to jest. Im człowiek się bardziej stara tym mniej mu wychodzi. Zatem, kiedy wyrwałam śpiącego królewicza ze snu to postanowiliśmy iść na miasto. Teoretycznie było w miarę ciepło, jak przystało na początek jesieni. Ale, ale... Manchester jest drugim w kolejności, najbardziej mokrym miastem Anglii. Uwielbiam jak strugi deszczu leją mi się na twarz. Na szczęście w centrum są sklepy, a tam czapki z daszkiem - idealna sprawa. Na parasole nie ma co liczyć.


A co mogę napisać o mieście? Typowo angielskie, robotnicze miasto, z typowymi zabudowaniami. Wąskie, szeregowe kamienice, większość z rudej cegły. W centrum odwiedziliśmy China Town - trochę mniejsze niż to londyńskie, ale jest tam wszystko, co potrzeba - knajpy, sklepy, park. W sklepach można dostać absolutnie wszystko. Tam poszliśmy jeść w miejsce, gdzie płaci się nie za ilość jedzenia, tylko za czas, który się spędziło nad talerzem. Kto je szybciej, to zje więcej, a płaci tyle samo. I, o dziwo, nie miałam problemu ze znalezieniem czegoś vege, bezglutenowego.


Ciekawą dzielnicą jest Gey Village. Są tam głównie kluby, a w piątkowe i sobotnie wieczory bardzo ciekawe osobowości w strojach, co najmniej, rzucających się w oczy.
Gdyby nie pogoda i obowiązki zawodowe to pewnie włóczylibyśmy się dłużej po mieście. Niestety trzeba było uciekać do domu. Dodam, że poruszanie się po mieście było dla mnie ciężkie, a Adam parę razy uratował mnie przed nadjeżdżającymi samochodami. Cóż, nie moja wina, że z przyzwyczajenia patrzyłam w złą stronę.


Kiedy wreszcie nastał dzień wolny od pracy wybraliśmy się na prawdziwą wycieczkę. Dojechaliśmy do centrum, tam w pociąg, do stacji Greenfield. Trzeba było kawałek przejść przez małe, ciche miasteczko i dochodziło się najpierw do parku, albo raczej alejki wśród drzew, nad rzeką. Dalej wychodziło się na otwartą przestrzeń nad wodą - Dove Stone Reservoir



Specjalnie nie piszę jezioro, bo był to sztuczny zbiornik z mechanizmem różnych śluz i tam. Dookoła wody szła dróżka, którą dzielnie maszerowały całe rodziny. My odbiliśmy w górę, do prawie pionowej ścieżki, bo chcieliśmy poczuć, że w Anglii też są góry. Na podejściu nie chciałam za głośno sapać, chociaż, mimo mojej kondycji łatwo nie było. Na szczęście trafiłam na tolerancyjnego towarzysza.


Na górze widok był piękny. Można było poczuć prawdziwą wolność wpatrując się w przestrzeń. Dodatkowym plusem było to, że większość ludzi zostało na dole, a my spotkaliśmy może pięć osób. Chcieliśmy obejść całą grań, ale na to potrzebowalibyśmy więcej czasu, którego nie było. Pochodziliśmy więc po płaskowyżu i nawet wyszło na chwilę słońce. Zaraz potem zaczęło lać, także wszystko wróciło do normy.



Żeby nie było zbyt prosto, to czekała na mnie mała niespodzianka. Mianowicie okazało się, że nie mam jak wrócić do Polski zarezerwowanym wcześniej lotem. Termin mojej wycieczki zgrał się z terminem odwoływania lotów przez znanego przewoźnika, co oznaczało chaos i masakrę na lotniskach. Nie chciałam nawet sprawdzać, jak tam jest, więc kupiłam szybko bilet z Liverpoolu, zyskując prawie dwa dni pobytu. I wszyscy byli zadowoleni.


W Liverpoolu nie tak łatwo dostać się z dworca na lotnisko, szczególnie, że wersje ludzi próbujących nam pomóc były różne. Szczytem wszystkiego było, kiedy na stacji kolejowej pan w jednej kasie nie chciał mi sprzedać biletu na lotniskowy autobus, a w drugiej zrobił to bez mrugnięcia okiem. Ciekawe...


Zdążyliśmy powłóczyć się chwilę po centrum miasta, zjeść pyszne nudle i przejść się do doków. Jak zwykle mnie zauroczyły. Panuje tam niepowtarzalny klimat. Aż się prosiło, żebyśmy, idąc wzdłuż rzeki Mersey głośno śpiewali "Pożegnanie Liverpoolu". Ależ byłoby cudownie wypłynąć kiedyś w rejs dookoła wysp brytyjskich.


Kiedy wreszcie udało nam się dostać na lotnisko czekała tam na nas łódź podwodna, która wita turystów w mieście Beatlesów. Mnie niestety żegnała.

6 komentarzy:

  1. Super wycieczka. Każda wyprawa do.zagranicznego miasta to super przygoda😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą :) Każda wyprawa jest fantastyczną przygodą

      Usuń
  2. Świetnie położone miasto oferuje tak naprawdę wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie niczego tam nie brakuje. Może przydałoby się więcej słońca ;)

      Usuń
  3. Zgadzam sie , ze nie ma zlej pogody. Te tereny jeszcze mi nie znane, ale wszystko przede mna .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam. Nie są tak bardzo oblegane przez turystów, a zieleń poza miastem działa uspokajająco.

      Usuń