×

Mexico - rozpoznanie terenu :)

Udało się! Spotkaliśmy się z Adamem w Amsterdamie i mogliśmy ruszać spokojnie dalej, do Ameryki Środkowej (o naszych przygotowaniach tutaj) A droga przed nami była długa i monotonna. Na początku lot do Toronto, trwający ponad osiem godzin. Lecieliśmy linią Air Canada, która miło nas zaskoczyła darmowymi posiłkami i napojami (w tym pysznym białym winem w ilościach dowolnych - dopóki stewardessa się nie skrzywiła). Przy rezerwacji zaznaczyłam dla siebie opcję wegetariańską, o czym kompletnie zapomniałam. A tu kolejna niespodzianka - dostawałam specjalne dania, całkiem smaczne. Czas do Toronto szybko zleciał, dzięki pakietowi rozrywek w monitorze wbudowanym w siedzenia przed nami, jak również naszym rodakom, siedzącym za nami, których dyskusje były bardzo wciągające, a nie raz szokujące. Nie wiedzieliśmy czy śmiać się, czy płakać. Na przesiadkę mieliśmy niecałą godzinę. Na szczęście szliśmy specjalną kolejką, żeby jak najszybciej dostać się do naszej bramki. Wszystko poszło gładko. Samolot do Cancun był prawie pusty, więc mogliśmy się rozłożyć i odpocząć.


Na lotnisku w Meksyku uderzył w nas gorąc i barykada składająca się z mafii taksówkarskiej. My byliśmy umówieni z meksykańskim znajomym, że podjedzie na parking dla prywatnych samochodów (specjalnie wyznaczona strefa). Dogadanie się z nim zmusiło mnie do włączenia internetu w telefonie dwa razy, na dwie minuty (nie polecam, bo rachunek zwala z nóg). Na lotnisku nie ma opcji darmowego wi-fi. Przez dobrą godzinę musieliśmy odpierać atak miejscowych kierowców korporacyjnych. Byli tak natarczywi i w swej natarczywości agresywni, że gdybym była sama, to bym wzięła nogi za pas. Na szczęście doczekaliśmy się Rogera, który zawiózł nas na miejsce noclegowe pokazując po drodze Zonę Hotelarę (turystyczną część miasta). Nasz kierowca wiózł nas jako cicho ciemny Uber (w Meksyku zakazano ich usług, bo dochodziło do krwawych bójek między taksówkarzami a uberowcami) więc transport wyszedł w miarę tanio (około 20 us).


Za to kiedy zobaczyliśmy nasze lokum, znalezione na bookingu, to miny nam zrzedły. Nora bez okna, z klimatyzacji, która wyła niemiłosiernie śmierdziało moczem, a mroźna temperatura była kompletnie nieustawialna. Do tego lodowata woda pod prysznicem. Zdjęcia na portalu przedstawiały coś innego. Myśleliśmy, że damy radę. Przez trzy noce na zmianę zamarzaliśmy i gotowaliśmy się z duchoty. W ogólnodostępnej kuchni nie było nawet zapałek, żeby podgrzać sobie wodę na kuchence. Byliśmy twardzi dopóki pewnego ranka nie znalazłam niechcianego gościa w moich waflach ryżowych, stojących tuż przy głowie - karaluch wielkości palca wskazującego. Miarka się przebrała. Uratował nas nasz instruktor nurkowania. Gdyby nie Rene, to wakacje mogłyby stać się koszmarem.
Miał dom wystawiony na airbnb (Hostal Calido Bien Ubicado). Dostaliśmy sypialnię ze wspólną łazienką i gorącą wodą. A, że w domu byliśmy sami, to czuliśmy się bardzo swobodnie. Dodatkowo, do wyboru były dwie sypialnie i jeszcze jedna łazienka, kuchnia, salon, mały ogródek i jadalnio - salon ze stołem bilardowym. Dostępna też była telewizja, ale skorzystaliśmy z niej tylko raz. Woleliśmy codzienne audycje radiowe Rene. Od poniedziałku do piątku w godzinach wieczornych prowadził Radio Frock (www.radiofrockcancun.com). Jak się można domyślić jest to radio rockowe, co nam obojgu bardzo odpowiadało. A duszą domu były żaby, wszędzie, różnej wielkości. Dlaczego? Otóż imię Rene jest odpowiednikiem naszego Kermita. Stąd nasz mistrz nurkowania był nazywany żabą. Dom, według nas był bardzo klimatyczny i przytulny - prawdziwe żabie centrum nurkowe z nutką rocka.


Zmieniliśmy więc okolicę na mniej turystyczną, ale dobrze skomunikowaną z Zoną Hotelarą. W pakiecie mieliśmy swojskie knajpki, w których żywili się lokalsi, a jedzenie było przepyszne. W Cancun na każdym rogu są sklepy sieci Oxxo, gdzie można dostać podstawowe produkty (woda, piwo, jajka, konserwy, chipsy, banany itp) oraz napić się kawy za przyzwoite pieniądze. I tak, idąc codziennie na przystanek autobusowy zatrzymywaliśmy się na kawę i na śniadanie. Miejsce, w którym jedliśmy śniadania miało bogatą ofertę potraw z jajek, lokalnych przysmaków, dań mięsnych, i absolutnie najpyszniejszych pod słońcem koktajli owocowych. Smakowały bosko i podawane były w litrowych kubkach. Tyle dobroci za tak niewiele pesos. Jedyny minus to nieznajomość angielskiego. Trzeba się było gimnastykować po hiszpańsku.


Po śniadaniu zwykle ruszaliśmy nad morze (albo na kurs nurkowy, albo na włóczęgę). Każdy autobus linii R-1 i R-2 jeździł do Zony. My jeździliśmy R-2 (27). Jeździł rzadziej i trzeba było z daleka wypatrywać małych cyferek 27 naklejonych na szybie. Nie jest to łatwe zadanie. Bilet jednorazowy to koszt 12 pesos. Autobus zatrzymywał się na żądanie, na przystankach i nie tylko, a ludzie, co jakiś czas proszeni byli przez kierowcę o ściśnięcie się. I wszyscy bez gadania się przesuwali.


Śródmieście, czyli mniej turystyczna część, pełna była zwykłych, trochę rozsypujących się domów, dużych, amerykańskich samochodów, restauracji i stoisk ze street foodem. Tam też jeździły gorszej jakości taksówki, których kierowcy nie znali ani miasta, ani angielskiego. Wolałam autobusy, albo spacer. Natomiast, kiedy ulice stawały się bardziej reprezentacyjne (turystyczne), nawierzchnia jezdni zmieniała się w równiutki asfalt, a z pod ziemi wyrastali wszelkiej maści sprzedawcy. Próbowali wcisnąć wycieczki, jedzenie, pamiątki, własne wyroby. Plusem było to, że ze wszystkimi można się było targować. Adam osiągnął w tym poziom mistrza olimpijskiego, szczególnie podczas wycieczki do Chichen Itzy (najbardziej znanego na Jukatanie kompleksu ruin Majów). Może kiedyś się nauczę tej sztuki.


Wjeżdżając do Zony Hotelary można się poczuć, jakby wjeżdżało się do innego miasta, a nawet innego świata. Jest pięknie, czysto, kolorowo. Galerie handlowe pełne są markowych sklepów (Gucci, Versace, Prada). Wszystko trochę pod linijkę, żeby żaden amerykański, albo kanadyjski milioner nie poczuł się źle. 



Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą doskonale, że ja w swoich podróżach szukam realnego świata i realnych ludzi, a nie czegoś tylko na pokaz, oderwanego od rzeczywistości. Owszem, plaże w tej części są piękne, ale najpiękniejsze były te nieznane turystom, dzień po sztormie, kiedy nie spotkaliśmy na nich żywej duszy. Za to były czaple, pelikany, kraby i kolorowe ryby.


Dla mnie najlepszą ostoją w turystycznym kiczu była plaża przy Blue Bay Hotel, gdzie mieściło się nasze centrum nurkowe. Tam mieliśmy zajęcia. Przy kei stały dwie łodzie należące do szkoły, którymi wypływaliśmy na rafę i do podwodnego muzeum. W ramach ćwiczeń nurkowaliśmy w porcie i w hotelowym basenie (między turystami all inclusive) Do dyspozycji mieliśmy toaletę, prysznice na plaży, a obok bar. Ale co mnie urzekło najbardziej? Dwa, typowo karaibskie hamaki zawieszone pod wiatą.


Gdzieniegdzie w oczy rzucały się ruiny starych hoteli, które zapewne przegrały bitwę o turystów. I tak sobie stoją i straszą zupełnie nie pasując do całej reszty. Pewnie czekają aż ktoś wykupi ziemię, wyburzy to, co tam jest i wybuduje kolejny moloch dla bogatych. Szkoda, bo niektóre musiały być kiedyś naprawdę piękne.


Jeżeli akurat nie nurkowaliśmy, albo nie mieliśmy zajęć to chodziliśmy po okolicy. W Cancun nie ma typowych zabytków. Tam atrakcją jest głównie plaża. Ale są skromne ruiny Majów - Del Rey. Wejście kosztuje 45 pesos, plus 55 pesos za używanie aparatu/kamery. Są tam pozostałości po mieście - domy, świątynie - niestety słabo opisane. 



A całości pilnują wygrzewające się na kamieniach iguany. Jest ich ogromna ilość i nie można ich karmić. Rzucają się nawet na nachosy. Ale, uwaga, karmiąc iguany z ręki można zostać przez nie ugryzionym. Wcale nie gryzą lekko. Adam coś o tym wie.


Jeszcze kilka spraw związanych z pieniędzmi. Po pierwsze lepiej mieć amerykańskie dolary, euro lub funty i wymieniać je w kantorze (różne kantory - różne kursy walut) niż wyciągać pesos z bankomatu, albo płacić kartą. Każdy nasz bank, a do wyboru mieliśmy trzy, naliczał koszmarne sumy za przewalutowanie i wyjęcie pieniędzy. Były to koszty całkowicie bezsensowne i można ich było uniknąć.


A jak już jesteśmy przy finansach, to przykładowa cena lunchu w strefie bez turystów to 150 - 200 pesos za osobę. W Zona Hotelara, na plaży to już koszt około 600 pesos na łebka. Płaci się za ładne widoki. Woda to około 10 - 20 pesos, piwo 10 - 15 pesos, kawa 50 pesos, quesadilla w małej knajpce to około 15 - 20 pesos za sztukę, tequilla 750 ml od 50 pesos w markecie do 600 pesos w turystycznych wyciskaczach pieniędzy. Tragedii cenowej nie było. Najwięcej wydaliśmy na nurkowanie, ale taki był cel naszej podróży. O podwodnych eksploracjach napiszę w kolejnym poście.


Słowem podsumowania Meksyk bardzo mi się spodobał, ale ten prawdziwy, z prawdziwymi ludźmi, którzy uśmiechają się do innych i zawsze służą pomocą - szczególnie kochany Rene, który stał się dla nas nauczycielem, przewodnikiem i towarzyszem wycieczek. Widoki są piękne, tak jak w kilku innych miejscach na ziemi, ale to, co kryje się pod wodą jest unikatowe i warte wszystkich pieniędzy. W tym miejscu jeszcze raz dziękuję Adamowi, że tak naciskał na nurkowanie. Sama mogłabym trochę spanikować. Dzięki!!! :)



5 komentarzy:

  1. Lazurowa piękna woda ! Super zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, najfajniejsze miejsca zawsze to te, gdzie najwięcej jest lokalesów! :) Plaże na zdjęciach wyglądają bosko!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie przepadam za kurortami, ale wygląda całkiem spoko. Fajnie, że znaleźliście nocleg wśród lokalsów. To świetny sposób na poznanie miejsca i ludzi. Ładna iguana ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażam sobie mieszkać w strefie hotelowej - to nie dla mnie...

      Usuń