×

Sycylia - wśród pachnących pomarańczy

To był długo oczekiwany wyjazd, na początku lata. Razem z przyjaciółką - Aliną - sporo czasu poświęciłyśmy na planowanie i ciągle nie mogłyśmy się zdecydować, gdzie chcemy jechać.
W końcu padło na Sycylię. Najpierw znalazłyśmy w miarę tani lot do Trapani. Potem zaczęły się przeszukiwania internetu, żeby znaleźć lokum. Na pierwszy ogień poszedł booking.com. Tam niestety nie było nic, co by sprostało wymaganiom moich towarzyszy (jechał z nami również mąż Aliny). Przerzuciłyśmy się na airbnb.com i tam był on - piękny, wolno stojący dom z cudnym ogrodem, na obrzeżach miasteczka Balestrate.


Pozostało nam jeszcze zarezerwować samochód. W pierwszym zamyśle to ja miałam być kierowcą. Na miejscu okazało się to niemożliwe. Nie jestem i nigdy nie będę posiadaczem czegokolwiek, co ma w nazwie kredyt. Czyli nie miałam karty kredytowej, więc z automatu odpadłam. Jedyny mężczyzna w naszym gronie musiał wziąć kierownicę we własne ręce, mimo szczerego niezadowolenia.
Zanim zatrzaśnie się drzwi wypożyczanego auta warto zrobić zdjęcia każdego, najmniejszego zadrapania. Wszystko po to, żeby nikt nie mógł nas obarczyć winą za zniszczenie lakieru.


Kiedy dolecieliśmy, po małych perypetiach w postaci stania na płycie lotniska przez godzinę, bez klimatyzacji byliśmy wykończeni. Wzięliśmy auto i pognaliśmy do naszego domu, gdzie czekał gospodarz. Wszystko nam pokazał i wytłumaczył. Było tak, jak na zdjęciach.



Ruszyliśmy się dopiero następnego dnia, do miasteczka. Mieliśmy parę spraw do załatwienia, między innymi jedzenie, kartę do telefonu z internetem, zbadać ewentualne miejsca na kolację.


Kartę znaleźliśmy szybko, market też, a przy okazji trafiliśmy na wspaniały stragan z warzywami i owocami. Nakupiłyśmy jedzenia na cały tydzień, nie mogąc wyjść z podziwu nad kolorami i zapachami. Postanowiliśmy, że będziemy gotować wspólnie, w domu. Jedyną rozpustą była wizyta w knajpie z owocami morza (małże nie przeszły mi przez gardło).


W zasadzie czas spędzaliśmy głównie w domu, trochę na plaży. Powód był jeden - praca. Na szczęście nie moja. Ja korzystałam z hamaka, tarasu na dachu budynku, ogrodu, a moi towarzysze pracowali. Wisieli na telefonach, grzebali w mailach, oglądali kolejne zdjęcia od grafika. Cóż, nie tego się spodziewałam po wyczekanych wakacjach.


Udało mi się wymyślić dwie szybkie wycieczki. Jedna była na lody do Trapani. Myśleliśmy o tym, żeby wjechać na Erice, skąd rozciąga się widok na miasto i morze. Ale nie udało nam się wyrobić, bo w międzyczasie zobaczyłam terminal tramwajów wodnych i podjęłam za nas szybką decyzję, że płyniemy na wyspę Favignana.


Wsiedliśmy więc na prom i ruszyliśmy w nieznane. Chcieliśmy dotrzeć na plażę po drugiej stronie wyspy. Niestety nie miałam papierowej mapy, a posiadacze internetu w telefonie trochę się zamotali. Plażę w końcu znaleźliśmy, ale zajęło nam to dużo więcej czasu.



Do tego kawałek piaskowy był mały, ludzi było dużo, a nam pozostało przycupnięcie na skałach. Po szybkiej kąpieli ruszyliśmy w drogę powrotną na ostatni prom. Czas się kurczył, a drogi nie ubywało. I to był ten moment, gdzie trzeba było użyć magicznego kciuka. Szybko poszło. Alina się trochę wzbraniała, bo nigdy nie jeździła stopem, ale dała za wygraną. I dzięki temu zdążyliśmy odpłynąć o czasie.



Druga wycieczka była na południe wyspy, w poszukiwaniu ruin starożytnego miasta w Selinunt. Ciężko było tam trafić. Jechaliśmy przez drogi główne, wiejskie, między gajami oliwnymi, a na koniec tak się zagubiliśmy, że już prawie zrezygnowaliśmy. Ale jakimś cudem ktoś wskazał nam dobry kierunek i dotarliśmy do Parku Archeologicznego. Uwielbiam miejsca, gdzie można dotknąć historii, szczególnie tak odległej. Kolumny jednej świątyni stały w całości, po innych zostały tylko ruiny. Można się było przejść po mieście i oglądać fundamenty domów, wyobrażając sobie, jak to wyglądało kiedyś. Na mnie zrobiło to duże wrażenie.


Cały kompleks archeologiczny jest dosyć duży. Dla bardziej leniwych przed wejściem stały meleksy. Można było wypożyczyć za odpowiednią sumę.


My wybraliśmy własne nogi. Niestety na terenie było niewiele miejsc, w których dało się ukryć przed palącym słońcem. Nie obeszliśmy całości. Woleliśmy ukryć się w klimatyzowanym samochodzie.



Sycylia to dobry kierunek jeśli chce się zaznać trochę spokoju i słońca nie spędzając długich godzin w samolocie. Plaże nie są może najładniejsze na świecie (osobiście wolę nasze nadbałtyckie), ale ciepła woda i słońce nadrabiają. Do tego dodać pyszne włoskie potrawy i owoce morza, znane w całej Europie pomarańcze - pycha! Mi się tam bardzo podobało.

2 komentarze:

  1. Sycylia to zdecydowanie mustsee. Koniecznie Palermo, koniecznie Corleone, koniecznie wspinanie! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie do końca udało się zobaczyć wszystkie must see, ale powiedzmy, że inaczej sobie wyobrażałam ten wyjazd...

      Usuń