×

Amsterdam - city break wśród kanałów

To miał być lekko przedłużony weekend z moją przyjaciółką. Chciałyśmy wyrwać się z domu i akurat padło na Amsterdam, który ja bardzo chciałam zobaczyć. Uwielbiam wodę, więc wizja kanałów jawiła mi się jako coś magicznego. Leciałyśmy na początku grudnia, z przesiadką we Frankfurcie (nie były to tanie linie, ani promocja - niestety).

Alina znalazła mieszkanie na airbnb, w samym centrum miasta, przy skrzyżowaniu dwóch kanałów, po których kursowały barki (ulice Keizersgracht i Leliegracht). Cenę za nocleg przemilczmy. Był to wyjazd bardzo wysoko budżetowy, ale nie od dziś wiadomo, że im krócej, tym jest drożej.
Do tego stolica Holandii nie należy do najtańszych. Ale i tak było warto.


Tutaj też nie chciałyśmy się zbytnio napinać i w szaleńczym tempie odhaczać miejsc z listy. Postanowiłyśmy się powłóczyć po mieście. Najpierw znalazłyśmy sklep z ekologiczną żywnością, bo obie mamy lekkiego świra na tym punkcie. I przeniosłyśmy się do ekologicznego raju. W Holandii jest ogromny wybór takich produktów i powstała cała sieć eko - marketów.


Kiedy już załatwiłyśmy najważniejszy punkt mogłyśmy zwiedzać dalej. I tak trafiłyśmy przed Pałac Królewski na placu Dam. Stała tam ogromna choinka, a na środku ktoś, otoczony tłumem pokazywał jakieś sztuczki.
Poszłyśmy dalej, w kierunku dworca kolejowego. Po drodze minęłyśmy muzeum seksu, do którego postanowiłyśmy zajrzeć. Okazało się jedną wielką tandetą dla turystów. Trochę zniechęcone pomaszerowałyśmy dalej wzdłuż kanałów, na których zacumowane były barki w ilościach hurtowych. Absolutnie się w nich zakochałam. Niektóre były stare, porośnięte mchem, inne mogły spokojnie rywalizować z nowoczesnymi apartamentami. Stwierdziłam, że kiedyś zamieszkam na takiej barce.



Nogi poniosły nas do Muzeum Morskiego, ale było za późno na zwiedzanie. Odłożyłyśmy to na następny dzień, a zamiast tego poszłyśmy do dzielnicy Czerwonych Latarni, gdzie w witrynach stoją panie prezentujące swoje wdzięki. Tak naprawdę dopiero za drugim podejściem zobaczyłyśmy ich więcej. Ciekawe to wszystko i takie inne niż wszędzie.


Nie muszę dodawać, że na każdym kroku stały coffee shop'y, a zapach zielska czuć było wszędzie. My mamy smog od spalin, oni od wydychanego, zielonego dymu. Z ciekawości poszłyśmy do jednego z takich miejsc. Można sobie wybrać jointy w różnej wersji (mieszane z tytoniem, czyste, różne gatunki, wielkości). Do tego coś do popijania, od herbatki przez piwo, po drinki. Wchodząc do lokalu człowiek dosłownie odbija się  od ściany dymu, a po chwili oczy zachodzą łzami. Ja za tym nie przepadam, bo wysychają mi soczewki, więc szybko wyszłyśmy.
A jak już jesteśmy w temacie odurzania, to poza popularnym zielskiem w sklepach sprzedawane są różne mieszanki grzybków, ciastka z haszem i co, kto lubi. Do tego cała bateria akcesoriów do palenia, spożywania, hodowania. Raj dla tych, którzy lubią się czasem wyluzować.


Kolejny dzień rozpoczęłyśmy joggingiem po parku Vondel, niedaleko Muzeum Van Gogha. Chyba biegają tam wszyscy mieszkańcy Amsterdamu. Alejki były totalnie zatłoczone. Patrząc na innych uczestników ruchu biegowego zastanawiałyśmy się, czy wszyscy Holendrzy są tacy wysportowani i czy to ich tradycja. Poza bieganiem większość jeździ na rowerach. Jednoślady są wszędzie, gdzie tylko można je przyczepić. Specjalne parkingi rowerowe są tak zatłoczone, że nie ma gdzie wsadzić szpilki. Imponujące. Nasz naród chyba jest bardziej leniwy.


Nadrobiłyśmy braki z dnia poprzedniego i zwiedziłyśmy Muzeum Morskie. Dla mnie, jak zawsze ciekawe, ale Alina też nie była znudzona. Poza makietami okrętów i jachtów były elementy astronomii, wiele map, historyczne zastawy. Jedno piętro poświęcono ekspozycji dotyczącej współczesnego transportu na świecie, gospodarce światowej oraz zanieczyszczeniu naszego globu.
Były też rozrywki dla dzieci, w postaci gier interaktywnych. Oczywiście skorzystałyśmy i bawiłyśmy się świetnie. Na zewnątrz stał okręt, na który można było wejść. Niestety niewiele zostało z dawnych czasów.


Wisienką na torcie okazał się rejs przeszkloną barką po kanałach, w ramach festiwalu światła. Odwiedziłyśmy te większe, bardziej popularne miejsca, np. koło dworca kolejowego, jak również małe kanały, gdzie powieszone były piękne żyrandole, czy stały niezwykłe, świetliste rzeźby. Jedyne, co nam dokuczało to temperatura, ale to niewielka niedogodność w zamian za tak nastrojowy rejs.


Amsterdam znalazł się na mojej liście ulubionych, europejskich stolic. Piękno kanałów, otaczających je budynków i zacumowane wszędzie barki skradły moje serce. Byłyśmy bardzo krótko, za krótko, żeby zwiedzić muzea, których jest mnóstwo i żeby zobaczyć, jak żyje się w tym mieście. To dobry powód, żeby wrócić.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz