×

Belgrad - walka z upałem stulecia

To był kolejny wypad z Kasią i jej córką. Znów wzięłyśmy wózek i znów skorzystałyśmy z szalonej środy LOTu. Belgrad nie jest kierunkiem bardzo obleganym, a że ja bywałam rzadko na Bałkanach, to chciałam zobaczyć coś nowego. 
Kiedy wylatywałyśmy z Warszawy było dość ciepło (lipiec). W stolicy Serbii przywitał nas prawdziwy upał, ale do zniesienia, jeżeli ktoś lubi wysokie temperatury (czyli ja :P). Kasia troszkę mniej lubi ciepełko.


Nocleg znalazła moja towarzyszka podróży, na bookingu. Miałyśmy dla siebie apartament w dość nowym budownictwie. Do naszej dyspozycji był salon z kuchnią, sypialnia i łazienka. Miałyśmy również balkon, ale wolałyśmy nie otwierać okien, tylko korzystać z klimatyzacji.
Mieszkanie znajdowało się kawałek od centrum, a dojazd nie był aż tak skomplikowany, może poza pierwszym dniem. Ale od początku.


Z lotniska przyjechałyśmy taksówką, wiedząc, że nie kosztuje ona milionów, że będziemy zmęczone po podroży i może nas przywitać upał. Serbowie nie są do końca punktualni, więc na naszego landlorda musiałyśmy poczekać, a i tak przysłał żonę, która słabo mówiła po angielsku (ale Kasia uczyła się kiedyś rosyjskiego, więc jakoś poszło).
Kiedy trochę ogarnęłyśmy się po przyjeździe, zaopatrzone w mapy, zdobyte za darmo na lotnisku, ruszyłyśmy na miasto. Nie wiedziałyśmy, jak działa komunikacja miejska i w co mamy wsiąść, więc wsiadłyśmy w pierwszy autobus, i śledząc jego trasę na mapie dałyśmy się wywieźć daleko od centrum. Nie wiem, czemu tak się stało, zwalmy to na afrykańskie temperatury. Na turystycznej mapce nie było skali, więc nie miałyśmy pojęcia jak długi czeka nas spacer. 


Pomyślałyśmy, że jak dostaniemy się nad rzekę to jakoś się odnajdziemy. Po drodze mijałyśmy strome ulice, schody, przejścia podziemne, tory kolejowe i, na pewno, nie była to reprezentacyjna część miasta. Wszędzie śmieci, bród, stare, zniszczone budynki. Kiedy udało nam się dostać na nabrzeże miałyśmy nadzieję, że będzie prosto, miło i przyjemnie. Cóż, żar lał się na nas z nieba, chodniki były tak nierówne, że ciężko było manewrować wózkiem, a na środku drogi do wymarzonego centrum czekał na nas ogrodzony plac budowy, co dodało nam jakieś dwa kilometry spaceru. 

Wreszcie dotarłyśmy do pięknych bulwarów, wyremontowanych i wciąż budowanych. Nad samą Sawą rosło wielkie osiedle ekskluzywnych apartamentowców, stąd te wykopki dookoła. Przysiadłyśmy w jednej z knajp, których na razie nie było zbyt wiele i dziewczyny zjadły lody. Wiedziałyśmy, gdzie jesteśmy, gdzie jest przystanek i jak wrócić do domu. Aczkolwiek był jeszcze kawałek do przejścia.  


Idąc wgłąb miasta minęłyśmy dworzec kolejowy i autobusowy. Na dworcu chciałyśmy się dowiedzieć, jak kupować bilety na komunikację miejską, ale informacja turystyczna była czynna tylko rano. Dalej szłyśmy głównymi ulicami do naszego przystanku. Po drodze minęłyśmy budynek - pomnik. Na pamiątkę wojny bałkańskiej pozostawiono częściowo zburzony, po bombardowaniu budynek siedziby Ministerstwa Obrony Narodowej. Reszta budowli trochę przypominała mi styl dawnego bloku wschodniego, z lekkimi akcentami bałkańskimi. Były monumentalne, w większości toporne i szare.


Następne dni nie były już takie straszne, bo wiedziałyśmy jak mamy się poruszać. Na autobusy i tramwaje kupuje się kartę, gdzie można zakodować bilety. Ale dogadanie się z panią w kiosku to już inna sprawa. Serbia to kolejny kraj, gdzie bez znajomości rosyjskiego trzeba się nieźle nagimnastykować. Ewentualnie w samym, samiusieńkim turystycznym centrum, albo miejscach typowych dla obcokrajowców można liczyć na pomocną, anglojęzyczną dłoń. Zwykli mieszkańcy nie potrzebują do szczęścia tego języka. Już lepiej rozumieją polski, o czym się przekonałam, kiedy próbowałam pomóc zemdlonej dziewczynie w autobusie.

Udało nam się odwiedzić kilka miejsc, mimo, że z dnia na dzień temperatura była coraz wyższa.


Kalemegdan - celtycka twierdza, następnie rzymska warownia, wybudowana na wzgórzu, z widokiem na ujście Dunaju i Sawy. Można po niej swobodnie maszerować, a dla leniwych czekają meleksy. Dookoła jest mnóstwo rozrywek różnego typu: park dinozaurów, wystawa broni, korty tenisowe. Wokół twierdzy jest też dużo zieleni i cienia, w którym można odpocząć. Lokalsi spędzają czas na terenach przyległych do Kalemegdanu.


Tam, gdzie jest sporo ludzi są również stoiska z rozmaitymi pamiątkami, łakociami itd.
Nasze zwiedzanie twierdzy było szybkie, z racji upału i braku cienia na jej terenie. Wolałyśmy się ukryć pod jakimś drzewem.



Dzielnica Skadarlija to bardzo przyjemna część miasta. Mnóstwo uroczych knajpek zachęca ludzi nie tylko swoim menu, ale również zraszaczami, wiatrakami, cieniem pod parasolami, bujną roślinnością - do wyboru, do koloru.



Na ulicy Kneza Milosa są różne fontanny, gdzie bez problemu można się schłodzić. Widać też wielu artystów, wystawiających swoje obrazy. Może przesadzę z porównaniem, ale troszkę przypomina to paryski Montmartre w wydaniu wschodnim.


Niektóre kamienice są przepięknie odnowione, inne sprawiają wrażenie, jakby ledwo stały. Są też nowoczesne, oszklone budynki i ich starsze siostry, z szybami tak brudnymi, że chyba niewiele przez nie widać.


W związku z tym, że była z nami Lusia i jej też należała się jakaś rozrywka, to poszłyśmy do zoo. Nigdy nie będę fanem trzymania zwierząt w niewoli. Do tego to serbskie wręcz straszyło.



Ciężko porównywać mi je z innymi, bo nie chodzę do takich miejsc, ale tu zwierzęta miały za małe wybiegi (część miała chorobę sierocą i chodziły w kółko, jak w transie), niektóre stały na betonie, albo płytach chodnikowych, woda w oczkach wodnych była ohydnie brudna i w ogóle czystość szwankowała. Moje wrażenie było okropne. Nigdy więcej tam nie wrócę. 
Jedyne, co mi się podobało to mozaiki na murze dookoła zoo, przedstawiające zwierzęta.


Marzył nam się również rejs statkiem po Sawie i Dunaju. Któregoś dnia widziałyśmy, jak turyści płyną środkiem rzeki. Znalazłyśmy oferty w internecie, ale w żaden sposób nie mogłyśmy odszukać w realu miejsca cumowania statku. Co z tego, że było opisane na którejś ze stron. W rzeczywistości nie istniało. Wielka szkoda.


Poza tym, że ciężko było się dogadać i że upał był niemiłosierny (mówili, że to upał stulecia i nawet rozpuściło kable od internetu, a myślałam, że to niemożliwe), że na początku się zgubiłyśmy w mało przyjemnej dzielnicy, to uważam, że warto odwiedzać miejsca, gdzie biznes turystyczny jeszcze nie przekształcił oryginalnego obrazu miasta. Kto wie za ile lat wszędzie będą stały szklane wieżowce, podobne do wszystkich innych na świecie?

2 komentarze: