×

Manchester - przedświąteczny koszmar i romantyczne oświadczyny

Mój kolejny pobyt w Manchesterze był jeszcze bardziej leniwy niż poprzedni. Tym razem pierwsza połowa grudnia przywitała mnie zimą. Przez niewielki opad śniegu (niewielki, jak na nasze polskie normy) sparaliżowany był ruch w mieście, a co za tym idzie musiałam trochę poczekać na lotnisku, żeby ktoś mnie odebrał. Poprzednio jazda samochodem minęła szybko, za to autobus, którym jechałam tym razem wlókł się w nieskończoność. "I gdzie ten paraliżujący śnieg?" - pytałam po drodze. Trudno mi było uwierzyć w jego istnienie.

Modlin - i nikt nie bał się lądować...
Pierwszym przystankiem, zaraz po Starbucksie okazało się centrum handlowe i cel - poszukiwanie prezentów na święta. Nie raz wspominałam, że CH to nie jest miejsce dla mnie. Do tego nie lubię tłumów (pomijam Przystanek Woodstock, gdzie tłumy są do zniesienia i tylko trochę mnie denerwują). W momencie wejścia do galerii w moim mózgu zaświeciła się lampka - odwrót, ratuj się, kto może. Takiej ciżby nie widziałam jeszcze w żadnym sklepie. Ludzie płynęli jak rzeka i to dosyć rwąca. I nie obchodziło mnie, że świąteczne ozdoby są całkiem ładne, że w sklepach można znaleźć niezłe okazje. Niemy krzyk - RATUNKU!! - był silniejszy.
I pomyśleć, że wróciłam tam po kilku dniach, żeby kupić obiecanego ludzika lego. Ale to był dzień powszedni, nie weekend, a wybrany produkt ściskałam w ręku już po minucie.

I w tej cudownie świątecznej atmosferze poszliśmy zjeść do Wagamamy - restauracji, która ma wiele filii w całej Anglii. Pierwsze moje spotkanie z ich jedzeniem było w Londynie. Odwiedzałam wtedy kolegę, który pracował w tamtejszej kuchni. Wybór jest ogromny, nawet dla takiego dziwoląga jak ja. Dużo produktów wegańskich, wegetariańskich, bezglutenowych. Jest to szeroko pojęta kuchnia tajska i japońska (https://www.wagamama.com). W Wagamamie jedliśmy też w Liverpoolu, kiedy odprowadzaliśmy mamę Adama na lotnisko.
Wtedy zamówiłam sobie zupę i walczyłam z nią dobre pół godziny. "Że ja nie dam rady? Po Sri Lance i ich ostrym jedzeniu? Niemożliwe!". Mimo wszystko polecam. Każdy znajdzie coś dla siebie. Do tego pyszne koktajle, soki, piwo. Palce lizać :)


A wracając do zimy... Mama Adama miała lot z Liverpoolu. Pogoda była zimowa - lekki mróz i bardzo lekki śnieżek. W całkiem niezłych humorach pojechaliśmy na stację Piccadilly, żeby złapać pociąg do Liverpoolu. Powłóczyliśmy się chwilę po mieście, zjedliśmy we wspomnianej Wagamamie. Ja szczękałam z zimna zębami, ale zwalałam to na zbyt cienkie ubranie. 
Niedaleko centrum handlowego Liverpool One, w którym byliśmy jest pętla autobusowa o tej samej nazwie i stamtąd odjeżdża autobus linii 86A, na lotnisko Johna Lennona. 
Tłumów nie było, bo lotnisko jest niewielkie, natomiast na tablicy lotów niepokojąco migał napis "canceled" przy dwóch lotach (do Amsterdamu i do Lublina). Ale nie przejęliśmy się zbytnio. Pożegnaliśmy mamę i pojechaliśmy na spotkanie z moją dawno niewidzianą koleżanką. Zasiedliśmy w pubie, w centrum miasta i zaczęliśmy rozmowę o życiu, emigracji i podróżach. Wtem zadzwonił telefon i okazało się, że loty do Polski, i nie tylko, są odwołane. A dlaczego? Przez atak zimy. Mi opadły ręce. Gdzie tu, do cholery, jest śnieg? Gdzie te ogromne zaspy, oblodzone chodniki, albo chociaż intensywny opad? Niczego takiego nie było. Zgodzę się, że w Londynie i w innych południowych miastach nadeszła wtedy sroga, prawdziwa zima, ale tu nie było po niej śladu. I tak, w trójkę wróciliśmy do Manchasteru, a mama musiała czekać na swój lot przez kolejne trzy dni. 


Niewiele się działo podczas tego pobytu, ale było jedno, zapadające w pamięć wydarzenie. Oświadczyny naszych znajomych. A plan, który uknuł Paweł nadaje się do poradnika - jak zaskoczyć wybrankę? Głównymi wykonawcami planu byli jego przyjaciele. Jeden miał robić zdjęcia, drugi odpowiadał za całość. Ja wbiłam się trochę spontanicznie, ale przecież nie wysiedziałabym w domu, kiedy można było się gdzieś przejechać. A w skrócie było to tak:


Paweł wynajął na kilka dni dom nad jeziorem, na wschód, za Leeds. Miał tam miło spędzać czas z Moniką. My, wyposażeni w kwiaty, świece i sprzęt fotograficzny dojechaliśmy któregoś popołudnia. Paweł wcześniej wysłał filmik z dojazdem do konkretnego domku, bo okazało się, że to wielkie, letniskowe osiedle, gdzie wszystko wygląda podobnie i można się było nieźle pogubić. Wcześniej zabrał Monię na spacer, informując nas, za pomocą opcji lokalizacji, gdzie są. Klucz do drzwi zostawił w skrzynce na kod, znajdującej się na zewnątrz. Kod wysłał nam wcześniej. My zaczęliśmy przygotowywać wnętrze. Fotograf zrobił małe przemeblowanie (przestawił telewizor i choinkę, poustawiał światła), żeby wszystko pięknie wyglądało na zdjęciach. Na podłogę położył płatek róży, żeby Paweł wiedział, gdzie ma klęknąć. Ja zajęłam się obrabianiem kwiatów i tworzeniem bukietów. W międzyczasie chłopaki pojechali do pobliskiej restauracji po zamówione jedzenie na romantyczną kolację.


Później schowaliśmy się do pokoju i wszedł Paweł z Monią. Na ustalony znak - sygnał mieliśmy wyskoczyć (trzy kaszlnięcia i jedno uderzenie w stół). Dalej był pierścionek, sesja zdjęciowa, dużo radości, trochę wina i powrót do domu. Nie spodziewałam się, że faceci tak obmyślają i planują ten wielki, dla nich dzień. Najważniejsze, że Monika powiedziała "tak" :)



A kończąc moją opowieść o strasznej zimie w Wielkiej Brytanii wspomnę tylko, że kiedy samolot zniżał się do lądowania w Modlinie i wyleciał z chmur moim oczom ukazała się totalnie biała panorama. Lądowaliśmy, a za nami unosiły się kłęby śniegu. I nikt nawet nie pomyślał, że mogą być jakieś trudności w posadzeniu maszyny na płycie.


Zdjęcia dostałam od Pawła, na którego profil na Instagramie serdecznie zapraszam. Robi różne foty, od portretów, przez krajobrazy, po zwierzęta. I jest w tym dobry. Odwiedzajcie go tłumnie TUTAJ :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz