×

Meksyk - magia podwodnego świata

Planując wyprawę do Meksyku, od samego początku wiedzieliśmy, jaki jest główny cel. Było to zdobycie certyfikatu nurka (open water). Szkół w Cancun jest ogromna ilość. Przeszukiwałam strony, porównywałam ceny i kalkulowałam. W końcu postanowiłam zapytać Rogera (znajomego Meksykanina), czy nie zna żadnej dobrej szkoły nurkowania. Polecił Scuba Diving School, przy hotelu Blue Bay. Dał nam namiary i umówił na pierwszą lekcję z najlepszym instruktorem - Rene.


Od początku nie było łatwo. Zaczęliśmy od teorii. Uwierzcie, że jeżeli ktoś nie używa na co dzień angielskiego, to w wydaniu specjalistycznym jest cholernie ciężko. Nie dość, że trzeba się skupić na słownictwie, to jeszcze zrozumieć sens i całą fizykę potrzebną w nurkowaniu. Im dłużej słuchałam Rene, tym bardziej puchła mi głowa.


Po teorii mieliśmy szansę na pierwszą próbę pod wodą (moją, bo Adam już kiedyś nurkował). Wypłynęliśmy z grupą nurków z Ukrainy, bardziej zaawansowaną. Najpierw wyskoczyliśmy na płyciznę, żeby zrobić różne ćwiczenia (znajdowanie aparatu, zdejmowanie maski, wydmuchiwanie wody z maski itd.). Wszystko, co było nam potrzebne, żeby nie utopić się przy głębszym zejściu. Drugie podejście było już na głębokości około 15 - 18 m. Byłam bardzo zaaferowana. Bałam się, że zgubię aparat oddechowy, że zamiast spuścić powietrze z kamizelki, to ją nadmucham, że maska zaleje mi się wodą. Jest cała masa czynników, o których musiałam pamiętać, które mnie fascynowały i przerażały jednocześnie. Myśl, że pod wodą jestem zależna tylko od sprzętu, to było coś najtrudniejszego do zaakceptowania. A zaraz za tym najgorsze było zanurzanie...


Nigdy nie byłam mistrzem fizyki, a jak ktoś tłumaczył mi różne zjawiska po angielsku, to już kompletnie głupiałam. I tak, przy drugim nurkowaniu nie umiałam zejść na dno. Wypuściłam powietrze z kamizelki, Rene dociążył mnie dodatkowym ciężarkiem i dalej ciągnął za płetwę, bo wypływałam za wysoko. Na migi pokazywał, że mam wypuścić całe powietrze z płuc. Ale za dużo było tego wszystkiego na raz i dopiero po trzecim nurkowaniu zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi.


Ale wracając do drugiego zanurzenia, mimo całego strachu i stresu, kiedy spojrzałam, gdzie jesteśmy, nie mogłam uwierzyć. To była MUSA - podwodne muzeum figur. Na dnie morza stały różne figury przedstawiające ludzi. Czas oraz flora i fauna podwodna zrobiły swoje. To był niesamowity widok, szczególnie armia ludzkich figur, w którą można było wpłynąć. Był też samochód - garbus - w którym zamieszkała ławica kolorowych ryb.
Świat, do którego nigdy nie miałam dostępu stanął przede mną otworem. Onieśmielał swoimi barwami, różnorodnością gatunków ryb, koralowców. Na własnej skórze poczułam, jak koralowce bronią się przed światem, wychodząc z wody z czerwoną wysypką po poparzeniu.

Z podwodnych zwierząt widzieliśmy prawie wszystko, nawet rekina i delfiny (które były rzadkością w tym rejonie), ryby jadowite i niejadowite, wszystkie kolory tęczy (poza czerwonym, bo jego nie widać pod wodą), kraby, krokodyla (tuż po wynurzeniu). Nie widzieliśmy tylko żółwia, a to było moje marzenie. Trudno, kiedyś je spełnię.


Program mieliśmy napięty, a pogoda nie sprzyjała. Chcieliśmy zrobić jak najwięcej nurkowań, a przyplątał się sztorm. Więc jednego dnia była teoria, a kiedy woda robiła się spokojniejsza nurkowaliśmy. I tak nam się udało odwiedzić takie miejsca jak: MUSA, rafa koralowa niedaleko Isla Mujeres, najpiękniejsza rafa przy wyspie Cozumel, 

Na Cozumel była cała, wielka wyprawa. Najpierw Rene podjechał o 6 rano na skuterze i zaczął przygotowywać potrzebny sprzęt. Później przyjechał jego przyjaciel i wpakowaliśmy się w samochód. W 1,5 godziny dojechaliśmy do Playa del Carmen - bardzo turystycznej miejscowości.
Z wyspy złapaliśmy prom (są dwie linie do wyboru, ale ceny podobne - z paliwo i prom około 100 pesos). Wsiedliśmy na ten, który odpływał wcześniej. Na wyspie zamówiliśmy busa i pojechaliśmy do portu, w którym już czekała łódź dla nurków - 35 US od osoby. Butle były gotowe (każdemu przysługiwały po dwie). Kiedy wszyscy wsiedli ruszyliśmy na rafę. Rene dawał nam trochę wskazówek, a ja próbowałam się nie stresować. Tym razem wchodziliśmy łatwiejszym sposobem,  robiąc duży krok (a nie, tak, jak na początku przewrót w tył).


Podwodny świat nas nie zawiódł. Zanurzyliśmy się w jednej z najpiękniejszych raf koralowych na świecie (druga po australijskiej). Moc kolorów, kształtów, gatunków - to było coś niesamowitego. Trzeba było trochę walczyć z prądem. Ja jeszcze nie umiałam się z nim zgrać jak należy. Zeszliśmy na 24 metry, co w moim przypadku jest rekordem. Pierwsze nurkowanie trwało około 40 minut (pod koniec było mi naprawdę zimno), potem była przerwa i lunch.
Załoga przygotowała nam pyszną salsę, produkty do kanapek, nachosy i najlepsze pod słońcem guacamole. Przysięgam, że lepszego nie jadłam nigdy. Na deser były owoce - ananasy, melony, arbuzy - tak słodkie i pyszne, że można je było połknąć razem z językiem.
Po przerwie zanurkowaliśmy po raz drugi. Nie była to już taka głębokość, ale poruszaliśmy się razem z prądem i obserwowaliśmy życie podwodne. Ja odbyłam krótkie rendez - vous z kolejnym koralowcem, co skutkowało dalszymi konsekwencjami, już w Polsce.


Każde kolejne zanurzenie było bardziej fascynujące. Przy następnej wyprawie na rafę, w okolicy Zona Hotelara już się nie bałam, że urwą mi się jakieś kable, wyleci aparat, przestanę oddychać, czy zdarzą się inne, podobne katastrofy. Po prostu się cieszyłam z otaczającego świata i zamiast płynąc spokojnie, to przemieszczałam się zygzakiem, zaglądając w każdą dziurę i obserwując życie pod wodą.


Ciekawym doświadczeniem było nurkowanie w cenocie (naturalne studnie krasowe, w których słona woda miesza się z gruntową, słodką).
Nasza Casa Cenote była otwarta, więc pływało w niej wielu snorklerów, kajakarzy i nurków. Koszt nurkowania 35 US od osoby. My zeszliśmy najgłębiej jak się dało i tam, w zamazanym obrazie poruszaliśmy się między skalnymi ścianami, pod korzeniami lasu namorzynowego. Na końcu cenoty, gdzie się wynurzyliśmy spotkaliśmy krokodyla wygrzewającego się na kamieniu, którego się akurat złapaliśmy. Bardzo ciekawe miejsce, chociaż wymagające panowania nad zanurzeniem. A, że było to jedno z naszych ostatnich nurkowań, to daliśmy radę.



Mam nadzieję, że będę kontynuować swoją przygodę z podwodnym światem, bo ma w sobie tyle niesamowitych tajemnic, że szkoda by było nie poznać chociaż części z nich. Marzą mi się wraki, planuję już kurs na suchy skafander (niezbędny w zimnych, polskich wodach), myślę o Egipcie, Maderze, może kiedyś uda mi się ponurkować w Australii. Kto wie? Warto mieć marzenia :)



Podsumowując koszty, sam kurs, a w nim 5 nurkowań kosztował mnie 380 US (z federacji NAUI), 420 US kurs PADI. Dwa nurkowania na rafie koło Cozumel to 35 US, Cenota to kolejne 35 US i dwa nurkowania na rafie przy Zonie 60 US. Wszędzie w cenie były butle (po dwie), woda, a na Cozumelu lunch. Jak widać nie jest to tania sprawa, ale niezwykle piękna i fascynująca. Nie żałuję ani jednego, wydanego na nurkowanie dolara.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz