×

Budapeszt - w tempie małego, dzielnego turysty

Skoro w Polsce zimno, szaro i ponuro, to czemu by się nie przenieść do innej stolicy. Też zimno, też szaro, ale chociaż jakaś mała odmiana. Lot do Budapesztu Wizzairem kupiłyśmy za grosze i startował o barbarzyńsko wczesnej godzinie. Ciemną, zimną nocą przebijałam się przez śnieg (świeży, intensywny opad i białe jezdnie) do Kasi, która zamówiła nam ubera. Pierwszy uber zwiał, mimo, że powinien czekać jeszcze pięć minut, drugi zawiózł nas na Okęcie.


Lot trwał godzinę, więc córka Kasi nie zdążyła się znudzić, a ja porządnie przespać. Na lotnisku czekał nas długi spacer, podczas którego poczułam, że jest naprawdę zimno (tak to jest kiedy lata się zimą do ciepłych krajów, a po krótkiej przerwie do tych zimniejszych).
Dostanie się do centrum jest wyjątkowo łatwe. Wystarczy kupić bilety na bus (albo przesiadkowy na linię E200 i metro - przesiadka na stacji Kobanya - Kispest, albo na linię E100 - dwa razy droższy - jadący bezpośrednio na Deak Ferenc Ter). W każdym przypadku polecam uważnie kasować bilety. A jeśli nie możecie znaleźć kasownika, to szukajcie do upadłego. Faktycznie nie wiedziałyśmy, gdzie mamy kasować bilet, jak dotarłyśmy na stację metra. Był tłum, my weszłyśmy bocznym wejściem i nic, co przypominałoby tą piekielną machinę nie rzuciło nam się w oczy. Zlekceważyłyśmy temat.



Niestety podczas przesiadki z linii niebieskiej do żółtej spotkałyśmy kontrolerkę. I tu zrozumiałam, czemu o Węgrach mówi się, że są tacy rygorystyczni i nieprzejednani. Żadne tłumaczenia nie przekonały pani o braku możliwości skasowania biletu, o tym, że niewiele rozumiemy w tym kraju, że nie wiedziałyśmy, dopiero przyleciałyśmy. A, uwierzcie, że wzniosłam się na wyżyny mojego angielskiego, tylko co z tego, skoro pani niewiele rozumiała?
Ale była na tyle uprzejma, że zaprowadziła nas do najbliższego bankomatu, żebyśmy wyciągnęły po 100 złotych, w przeliczeniu. Wręczyła nam po mandacie, który służył nam za bilety przez najbliższą godzinę i pokazała, jak wyglądają kasowniki. Byłyśmy akurat na jednej z bardziej nowoczesnych stacji, gdzie były, jakby bramki. Nawet się ucieszyłam, że tak się to prezentuje i że trudno przeoczyć piekielną maszynę, ale pani szybko ugasiła mój entuzjazm mówiąc, że to daleka przyszłość i tylko jedna stacja jest taka nowoczesna.


Uboższe o 1/3 naszego budżetu skierowałyśmy się na stację Oktogon, przy której znajdował się nasz hostel - Caterina Private Rooms and Apartments. Wdrapałyśmy się po okropnie stromych schodach i uważając, żeby żadna cegła nie spadła nam na głowę (akurat remontowali dach kamienicy), dotarłyśmy do naszego pokoju. Na płatność umówiłam się kolejnego dnia, kiedy to miała wpłynąć pensja na moje żałośnie puste konto (do drugiego wzięłam przeterminowaną kartę - królowa nieogaru). Pokój miałyśmy w osobnym mieszkaniu, więc Lusia mogła szaleć do woli. Do dyspozycji była kuchnia i łazienka. W cenie miałyśmy śniadania, dla mnie niejadalne, tzn. tosty z dżemem, mleko z płatkami i jakieś serki topione. Ale zaraz obok hostelu był sklep Spar, w którym znalazłam wszystko, czego dusza zapragnie. 


Po Budapeszcie postanowiłyśmy po prostu pospacerować. Ja się zachwycałam architekturą. Precyzyjnie wykończonymi detalami. Świąteczne ozdoby dodawały niemałego uroku. Kasia chętnie zaglądała na świąteczne jarmarki próbując tradycyjnych wyrobów cukierniczych. Lusię z siłą wielkiego magnesu ciągnęło do wszystkich murków. Także tempo miałyśmy żółwie.
Zaszłyśmy pod siedzibę Parlamentu, która mnie absolutnie zachwyciła. Wszystkie rzeźby, drobne detale wręcz mnie zahipnotyzowały. Ile pracy i czasu musiało kosztować postawienie tego budynku.?Nie byłyśmy w środku, ale to nic straconego. Wrócę do Budapesztu, jak będzie ciepło. Okrążyłyśmy Parlament, a mój zachwyt wciąż był ogromny. 
Kiedy przyszła pora na jedzenie pałeczkę przejęła Kasia, która jest specem od wyżywienia w naszym trio. O kulinarnej stronie naszej wycieczki przeczytacie na jej blogu: Kuchnia Pysznościowa
 



Kolejnym punktem na trasie było wzgórze zamkowe, po drugiej stronie Mostu Łańcuchowego. Można tam wejść, lub wjechać kolejką za 6 euro. Z racji buntu na pokładzie wybrałyśmy kolejkę. Podjechała pod sam księżniczkowy pałac. Można go obejść ze wszystkich stron i pozaglądać w różne zakamarki. Kawałek dalej znajduje się bajkowa Baszta Rybacka. Z góry rozpościera się przepiękny widok na panoramę miasta. Tym razem Parlament mogłam podziwiać z daleka.
Niestety nie udało nam się wejść na Wzgórze Gellerta, gdyż nasz mały buntownik miał dosyć chodzenia i podziwiania wszystkiego dookoła.   







Następnego razu poszłyśmy w zupełnie innym kierunku, w stronę Placu Bohaterów, na którym stoi monumentalny pomnik. Za nim jest wielki Park Historii Kolei Węgierskiej, a w nim ukryty kolejny baśniowy zamek z XIX wieku - Vajdahunyad. Aktualnie to Muzeum Rolnictwa. Park jest idealny do uprawiania różnych sportów. Było tam duże lodowisko, poza tym wiele alejek i dużej powierzchni trawniki. My ograniczyłyśmy się do berka i zabawy w chowanego. 
Gdzieniegdzie stały porozstawiane namioty i na planszach wypisane różne hasła. Podejrzewałyśmy, że to forma jakiegoś strajku, ale nie byłyśmy wystarczająco biegłe w węgierskim.




To miasto mnie zachwyciło. Po pierwsze spodobała mi się architektura, do tego jest przestronne i nie przytłacza. Świąteczne ozdoby, lampki, choinki i wszechobecny zapach grzanego wina dodawały uroku. Po drugie nie da się tu zgubić. Darmowe plany miasta można dostać w różnych miejscach, ulice są dobrze podpisane i nawet początkujący użytkownik nie powinien mieć problemu. Komunikacji miejskiej nie można nic zarzucić (poza mało widocznymi kasownikami i stanowczymi kontrolerami). Tylko, czemu było mi tak zimno? Następnym razem wybiorę cieplejszy miesiąc i będę przesiadywać w kawiarenkach na świeżym powietrzu, gapiąc się na wodę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz