×
Meksyk - Chichen Itza turystycznie

Meksyk - Chichen Itza turystycznie

W oczekiwaniu na dobrą pogodę zastanawialiśmy się, co mamy zrobić. Przygotowując się do tej podróży dużo czytałam, oglądałam mnóstwo zdjęć. Byłam pewna, że chcę odwiedzić chociaż jedne ruiny Majów. Celowałam bardziej w Cobę i Tulum, gdzie chciałam pojechać wypożyczonym autem, ewentualnie autobusem, a potem taksówką.
Jednak, okazało się, że kiedy czeka się na dobrą pogodę i wszystko uzależnia od nurkowania, to nie tak łatwo zaplanować inne rozrywki. A zmieszczenie się w kosztach to już zupełnie inna bajka.


Ale tutaj z pomocą przyszedł Rene. Późnym wieczorem sprawdziliśmy prognozę pogody i okazała się beznadziejna. Nasz instruktor rzucił niezobowiązująco, że może nam załatwić tanią wycieczkę na Chichen Itzę - najbardziej obleganą piramidę na całym Jukatanie.
Kręciłam trochę nosem, bo wiedziałam, jakie tłumy spotkamy na miejscu. Ale z drugiej strony wycieczka za 30 US brzmiała, jak całkiem niezły pomysł na zabicie czasu w oczekiwaniu na okno pogodowe.

I tak kolejnego dnia podjechaliśmy pod hotel na przeciwko dworca autobusowego, skąd, po długim oczekiwaniu odebrał nas busik i, zbierając ludzi z różnych miejsc, dowiózł nas do Zony Hotelary. Tam, w jednym z wielkich, ekskluzywnych hoteli ustawiła się długaśna kolejka i pobierano opłaty za wycieczkę. Turystów przydzielano do autokarów według narodowości. My trafiliśmy do busa z Kanadyjczykami, Amerykanami, byli jacyś Europejczycy i Azjaci. Nasz przewodnik pięknie mówił po angielsku, ale przez to, że usiedliśmy na samym przodzie, to mówił głównie do nas. Wolałabym zdrzemnąć się gdzieś na tyle, ale już nie było możliwości ucieczki.


Autokar ruszył z opóźnieniem, co już mnie lekko zirytowało. Przystanków, na trasie do piramidy mieliśmy kilka. Pierwszy to była najbardziej komercyjna i sztuczna miejscówka, jaką moje oczy kiedykolwiek widziały. Miała to być wioska Majów, wprost wyjęta z ich czasów. Nie dajcie się nabrać. To było polowanie na portfele naiwnych turystów. Pierwsze stoisko z alfabetem Majów i cyk - można sobie zrobić naszyjnik ze swoim imieniem. Kolejne z wyrobami ręcznymi z obsydianu, drewna, innych kamieni. Ceny tak kosmiczne, że nawet Amerykanie nie chcieli kupować. Kolejna stacja, szaman, który wygania z nas złe duchy. To było za darmo, ale koszyczek na napiwki stał obok. Następnie degustacja tequilli. Była pyszna! Ale kiedy już chciało się kupić całą butelkę to uśmiech schodził z ust. Kolejna atrakcja to cenota. Wchodziło się do niej po długich, drewnianych schodach pod ziemię, gdzie był piękny naturalny basen, a jaskinia cała usiana stalaktytami i stalagmitami. Pływanie w cenocie za darmo, ale ale... trzeba wypożyczyć kapok za dolara, inaczej nie ma wejścia.


W tej niby wiosce mieliśmy również lunch, na zasadzie bufetu. I zgadnijcie co? Nie najadłam się. Jedyną rzeczą, jaką zjeść mogłam była niedogotowana marchewka, trochę melona i twardy ryż. Wszystko inne było z mięsem. A kiedy poprosiłam panią z obsługi, żeby mi dała tortillę bez mięsnego farszu to warknęła na mnie, jakbym co najmniej chciała jej ukraść cały półmisek gotowego dania. O nie, takie coś mnie nie bawi. Głodna Ula to naprawdę zła Ula. A jak jeszcze ktoś staje na mojej drodze do jedzenia, to jest wrogiem numer jeden. Zacisnęłam zęby i powiedziałam sobie: "Trudno, jakoś dotrwam".


Kiedy wreszcie dojechaliśmy do miejsca docelowego naszym oczom ukazało się morze ludzi. Morze dzieliło się na turystów i sprzedawców. Można było kupić wszystko. Pomyślałam, że za bramką będzie mniejszy stragan. I tu się myliłam. Wzdłuż wszystkich alejek prowadzących pod piramidę stały kramy i kramiki. Wystarczyło na sekundę zawiesić na czymś wzrok i było się straconym. Ośmielony sprzedawca próbował wcisnąć wszystko, co tylko miał. A na etapie, kiedy jakiś tubylec zaczął krzyczeć, że u niego "taniej niż w Biedronce" to ogarnęła mnie totalna głupawka i nie mogłam się uspokoić przez parę dobrych minut.


Przejdźmy do samych piramid. Wejście nie było strasznie drogie. Cena około 250 pesos była do zaakceptowania. Trzeba dopłacać za wniesienie aparatu, bądź kamery Go Pro. Ja miałam schowany aparat, ale Adam kamerę przypiął do szelki plecaka i strażnicy wyłowili go z tłumu.
Zwartą grupą doszliśmy pod piramidę, gdzie przewodnik opowiadał nam jej historię, wspomniał o wierzeniach Majów i ich tradycjach. Na koniec ustawiliśmy się na przeciwko schodów i zaczęliśmy wspólnie klaskać. Dźwięk klaskania zmieniał się magicznie w odgłosy, jakie wydają ptaki. Może wszędzie dookoła rządził kicz, ale piramida była absolutnie prawdziwa, a my, jak małe dzieci staliśmy zahipnotyzowani nasłuchując ptasich dźwięków.


Przewodnik opowiedział nam jeszcze jedną ciekawą historię. Podczas równonocy schody piramidy rzucają cień, na kształt węża. Wąż ten schodzi z wierzchołka wieży i pełznie do cenoty, będącej dla Majów świętym miejscem.
Dalej poszliśmy na wielkie boisko, które zaskakiwało swoją akustyką. Po bokach na kamieniach były wyrzeźbione scenki z meczów. A na nich jeden człowiek wyrywa głowę drugiemu i inne, tego typu krwawe historie.


Po obejściu całego terenu z przewodnikiem przyszedł czas na samodzielne spacerowanie. Tłum ludzi był straszny. A tłum sprzedawców dookoła jeszcze większy. Na straganach mieli wszystko, czego dusza zapragnie: rzeźby różnego rodzaju, magnesy, koce, biżuterię. Wszystko we wzory Majów.
Ja omijałam wszystkich szerokim łukiem, za to Adam czuł się jak w raju. Targowanie się uznał za meksykański sport narodowy i chciał zdobyć mistrzostwo. Była to niezła próba dla mojej nadwątlonej cierpliwości. Fakt, że z ceny pierwotnej kilku tysięcy peso dało się zejść na kilkaset.


Szczerze mówiąc, gdybym miała zapłacić normalną cenę za tą wycieczkę, to wolałabym pojechać na własną rękę. Ominęłabym cały turystyczny kicz i nie narażałabym się na ponad godzinne oczekiwanie na zagubioną parę Kanadyjczyków. Towarzysze wycieczki byli do zniesienia, ale bez nich też byłoby świetnie i na pewno szybciej.
Bardzo żałuję, że nie udało mi się pojechać do Coby i Tulum, ale to dlatego, że całą naszą energię i wszystkie finanse poświęciliśmy nurkowaniu. Chichen Itza była miłym przerywnikiem w oczekiwaniu na lepszą pogodę. Piramidy zrobiły na mnie duże wrażenie i warto je zobaczyć. Warto odwiedzić wszelkie ruiny Majów, jeżeli nadarzy się taka okazja - są niezwykłe!


0