×
Rumunia - w góry, na narty i w poszukiwaniu Draculi

Rumunia - w góry, na narty i w poszukiwaniu Draculi

Pomysł na Rumunię narodził się spontanicznie. Mateusz, którego odwiedzałam w Londynie (Londyn - intensywne zwiedzanie) ma tam znajomych Rumunów. Oni od dłuższego czasu zapraszali go do siebie. Postanowiliśmy razem skorzystać z okazji i przekonać się, czy Transylwania jest taka piękna, jak o niej mówią.


Spotkaliśmy się na lotnisku w rumuńskiej stolicy. Ja byłam wcześniej i tam miałam, z wcześniej podesłanych zdjęć rozpoznać naszych gospodarzy, a Mati dołączył po trzech godzinach. Później ruszyliśmy do małej miejscowości pod Bukareszt - Ploeszti, gdzie rodzice naszej znajomej szykowali tradycyjną ucztę świąteczną (byliśmy niedługo po Bożym Narodzeniu). 
Ku mojej rozpaczy tradycja na rumuńskiej wsi jest mocno daleka od moich wegetariańskich poglądów. Najpierw wszyscy obecni mężczyźni pojechali wybrać odpowiednią świnię, którą na miejscu, u hodowcy zabili. Potem, na podwórku następowało przygotowanie prosiaka na mięso. Muszę powiedzieć, że cała rodzina dbała o to, żebym nie musiała oglądać całego procederu. Jedyny niewygodny moment to spacer do sławojki znajdującej się na podwórku, obok stołu ze świnią.


Nie opiszę, jak opracowuje się świnię, bo tego nie widziałam i ta wiedza nie jest mi potrzebna. Natomiast to, co mi się podobało, to towarzyszące temu spożywanie bimbru na gorąco. Rumunia leży w trochę innej strefie klimatycznej niż Polska i Anglia, w której mieszkali na stałe nasi młodzi gospodarze. Klimat kontynentalny jest ostrzejszy niż umiarkowany, czy nadmorski. Zima to zima, nie jakieś tam zero stopni i śnieg z deszczem. Na dzień dobry było 8 na minusie, a potem coraz mniej. Z racji tego, że tradycji nie może przeszkodzić pogoda to przy świniobiciu trzeba się odpowiednio rozgrzać. Więc świnia świnią, a gorący bimber piliśmy wszyscy ze smakiem. 


Wieczorem odbyła się uroczysta kolacja, chociaż na stół wcale nie wjechała wieprzowina. Ta była przeznaczona na przyszłe posiłki. Ku mojej radości dostaliśmy kaszkę kukurydzianą (w niektórych regionach Europy znaną jako polenta) z kiszonkami. Wszystko jedzone było z jednego talerza. Może niektórzy uznają, że to mało higieniczne ale według mnie jest to spajający rodzinę zwyczaj. W trakcie takiego spożywania posiłku nikt nawet nie wpadł na pomysł wyciągania telefonu. Było głośno, radośnie i wszyscy angażowali się w rozmowy. Czułam się wspaniale, mimo że rumuński nie jest na liście języków, którymi się posługuję. Ale dla chcącego nic trudnego.


Później pojechaliśmy w stronę Transylwanii. Bardzo chciałam zobaczyć region, w którym grasował Dracula. Na bazę wypadową wybraliśmy Busteni. Po drodze zahaczyliśmy o zamek Peres (koszt zwiedzania 45 Leu). Musieliśmy czekać w kolejce, na mrozie aż wpuszczą nas z kolejną grupą zwiedzających. Wniosek mamy jeden - Rumuni nie potrafią stać w kolejkach. My mamy to we krwi, oni pchają się, jak tylko mogą. 


Zamek w środku był przepiękny. Pozostało umeblowanie, wielobarwne witraże, rzeźby, obrazy, nawet dywany. Jedynym minusem był język jakim posługiwała się pani przewodnik. Szybko się z Matim znudziliśmy i zamiast słuchać opowieści, to my, przepychając się przez tłum, szukaliśmy tabliczek z opisami po angielsku. Ten zamek mnie zachwycił. Kolejny trochę mniej.


Wiadomo, że jak się jest w Transylwanii to trzeba zajrzeć do zamku Draculi, czyli Bran (koszt 30 Leu). Wchodzi się do niego długim podjazdem i widok jest imponujący. Pogoda też robi swoje. Nam akurat dopisywała - słońce, błękitne niebo i mróz. Ten zamek zwiedza się samodzielnie, jest więcej tablic informacyjnych w języku angielskim. Nie ma żadnych ograniczeń w poruszaniu się, ale nie ma też prawie w ogóle mebli i innych elementów wystroju. Coś za coś. Bieganie po zaułkach i zaglądanie w każdy kąt pobudza wyobraźnię. Jest tam też bardzo przytulny dziedziniec ze studnią i sklepem z pamiątkami. Pod zamkiem stoi małe targowisko. W budkach można kupić magnesy i inne gadżety, które zwykle przywozi się z podróży. Można też pójść do domu strachu. Ja ten element opuściłam, bo nie nadaję się na taką dawkę adrenaliny.


Zamki zamkami, ale jest coś, co zrobiło na mnie sto, a może i tysiąc razy lepsze wrażenie. Busteni jest miejscowością typowo narciarską, otoczoną wysokimi górami. Jednego dnia zrobiliśmy sobie bardziej aktywny dzień. Najpierw wjechaliśmy kolejką (Telecabina - Babele) na jeden ze szczytów pasma górskiego Bucegi (70 Leu w obie strony). 



Znajdują się tam bardzo ciekawe formacje skalne (Babele, Sfinks). Wersja dla leniwych: wjechać, przejść się kawałeczek do skał i usiąść w barze. Wersja dla aktywnych: pójść dalej, na kolejne wzniesienia, skąd widoki są nieziemskie, szczególnie przy grubej pokrywie śnieżnej. Jest również szlak prowadzący do krzyża postawionego w niewielkiej odległości od górnej stacji. Niestety właśnie śnieg i pora ostatniego zjazdu kolejki (15:45) ograniczyły nasze chęci.




Musieliśmy z Matim skrócić nasz spacer, ale widoki i tak zapierały dech. Na horyzoncie nie było żadnego człowieka, biała pokrywa skrzyła się w słońcu, a przestrzeń dawała poczucie wolności, pokazując zarazem, jaki człowiek jest mały.



Zachęceni bardzo zimową aurą postanowiliśmy pojechać do Predeal - takiego naszego Szczyrku. Najpierw odwiedziliśmy wypożyczalnię sprzętu: narty, buty, kask dla Mateusza, kijki. To wszystko za 25 Leu, czyli niedrogo. Do wyboru było kilka wyciągów i tras. Ja wdrapałam się na jedną z najdłuższych, ciągnąc ze sobą Matiego, który miał narty na nogach pierwszy raz w życiu. Na jego nieszczęście wyciąg krzesełkowy nie działał, pozostał tylko orczyk. Nie jest łatwo się w niego wpiąć i wypiąć za pierwszym razem. Każdy narciarz przechodził w swojej karierze chrzest naznaczony serią siniaków na tyłku i kolanach. Po pierwszym zjeździe zostawiłam Mateusza, z listą wskazówek, na wyciągu taśmowym, co jakiś czas kontrolując, jak sobie radzi. A ja szalałam, na ile mogłam - narty były kompletnie nieostre, więc o moim ukochanym carvingu nie było mowy. 
Na koniec wzięłam mojego dzielnego ucznia na kilka zjazdów z dużego stoku. Byłam w pozytywnym szoku, bo radził sobie znakomicie. Pozycja bardzo dobra, nie bał się zakrętów, nawet prędkość osiągnął zadowalającą. Brawo Mateusz! Teraz czekam na kolejne sezony i Twoje wyczyny.


Nasz pobyt w Rumunii nie był długi, za to bardzo ciekawy. Zobaczyłam prawdziwe życie, prawdziwych ludzi, odwiedziłam Bukareszt (ale tylko na kolację), mniejsze miasteczka i wieś. Zaznałam ciepła i gościnności, poznałam namiastkę rumuńskiej tradycji. Byłam też zwykłym turystą w typowych dla turystów miejscach. A na koniec narty, które sprawiły mi tyle frajdy, że trudno to opisać. Dzięki Mati za to, że mnie ze sobą zabrałeś do swoich znajomych :)  

0