×

Pociągiem dookoła Półwyspu Iberyjskiego

Po spędzeniu kilku miesięcy na Azorach marzyło mi się objechać Portugalię kontynentalną. Z tym hasłem wpadłam kiedyś do rodziców, narzekając, że nie mam wśród znajomych nikogo, kto wziąłby plecak na plecy i ruszył ze mną na włóczęgę. U mojego brata akurat siedział Szymon, który słysząc mój wywód stwierdził, że chętnie ze mną pojedzie, jeśli zahaczymy o Hiszpanię. Wzięliśmy mapę i palcem przejechaliśmy po ewentualnej trasie:
Lizbona - Faro - Sevilla - Cordoba - Granada - Alicante - Walencja - Madryt - Segovia - Madryt - Toledo - Madryt - Porto - Aveiro - Lizbona
Problem, jak mamy się przemieszczać szybko rozwiązaliśmy. Postawiliśmy na pociągi. Wykupiliśmy bilet Interrail na jeden kraj - Hiszpanię, bo tam czekało nas więcej przejazdów. Jednorazowo było to dosyć kosztowne, ale w sumie bardzo opłacalne. Aktualne ceny biletów i wszelkie informacje można znaleźć na STRONIE .
Z racji, że oboje byliśmy studentami to zaopatrzyliśmy się w międzynarodowe karty studenckie, ja w Euro 26, a Szymon w Isic'a. Więcej zniżek, lub wejść za darmo w tamtej części świata jest na Euro 26. Warto też wyrobić EKUZ (europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego), bo nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć.
Także postanowione. Bierzemy plecaki na plecy, wsiadamy w samolot i lecimy do Lizbony. Tam z lotniska przemieszczamy się na stację Oriente i łapiemy pociąg do Faro. Ahoj przygodo!


Lizbona
Pierwszy powiew wiatru uświadomił nas, że wybraliśmy się w kierunku dużo cieplejszym niż Polska. W poszukiwaniu stacji Oriente zawędrowaliśmy z lotniska, na nogach do centrum Expo '98. Do dzisiaj jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Lizbonie. Oprócz hali widowiskowej i największego oceanarium w Europie jest tam wiele mniejszych atrakcji. Deptak nad samą rzeką jest zarośnięty drzewami dającymi chłodzący cień. Nad deptakiem jeździ kolejka linowa (teleferico), z której można podziwiać pobliską panoramę. Polecam to miejsce.


Faro
Tam mieliśmy krótki przystanek. Na Oriente wsiedliśmy w pociąg i po 6 godzinach wysiedliśmy na Południu. Widoki po drodze były dosyć pustynne, ziemia mocno przesuszona. Wysiadając poczuliśmy, że temperatura wzrasta. Najpierw musieliśmy znaleźć nocleg. Z smsową pomocą znajomego Portugalczyka wyszukaliśmy tani nocleg. Obowiązkowy prysznic i ruszyliśmy na miasto kupić bilety na autobus oraz porozglądać się po okolicy. Najpierw załatwiliśmy transport na kolejny dzień, później spacerkiem doszliśmy nad wodę. Wieczorem zahaczyliśmy o koncert muzyki ludowej. Tam chwilę poimprezowaliśmy z nowo poznanymi Włoszkami i dalej do hostelu spać.


Sevilla
Kiedy opuściliśmy klimatyzowany autobus poczuliśmy uderzenie prawdziwego gorąca (jakieś 40 stopni). Wzięliśmy plecaki na plecy i poszliśmy przed siebie, szukając hostelu. Szybko poszło znalezienie. Przebrani i odświeżeni ruszyliśmy w miasto. Po odhaczeniu standardowych miejsc z przewodnika poszliśmy nad rzekę, żeby tam usiąść na trawie, razem z lokalesami i pić naszą ulubioną sangrię Don Simon. W Sevilli zaopatrzyłam się w ręczny klimatyzator (wachlarz), który okazał sie narzędziem niezbędnym w dalszej części podróży. Tam pierwszy raz w życiu widziałam rowery miejskie. Bardzo mi się spodobał ten pomysł. Ale dopiero po kilku dobrych latach rowery pojawiły się u nas.


Cordoba
To już była przesada! Na dworcu uliczny termometr pokazywał 50 stopni. Człowiek, nawet ubrany w najlżejsze ciuchy, nie niosący żadnego balastu poci się od samego oddychania. Co dopiero 60-cio litrowy plecak na plecach. Podmuchy wiatru były bardziej jak suszarka do włosów prosto w twarz. Nie było opcji, po znalezieniu noclegu poczekaliśmy do wieczora, żeby przejść się po mieście. Szału nie było. Ratowały nas uliczne krany z wodą i fontanny, do których bezceremonialnie wskakiwaliśmy. Następnego dnia trzeba było stawić czoła temperaturze i ruszyć na zwiedzanie (Meczet Mezquita, dzielnica żydowska, Alcazar). Dobrze, że w mieście było dużo zacienionych zaułków, inaczej moglibyśmy paść.


Granada
Czyżby zrobiło się odrobinę chłodniej? Być może tak było. I tak dalej udawaliśmy skwarki.
W Granadzie wczesnym rankiem poszliśmy do Alhambry. Trzeba odczekać swoje w kolejce do kasy, a potem do wejścia. W zasadzie skupiliśmy się głównie na zwiedzaniu tego obiektu i spędziliśmy tam pół dnia. Sztuka muzułmańska zauroczyła mnie totalnie. Mury pałacu, niby takie ciężkie i grube, a z drugiej strony pełne lekkości i tajemniczości. Każdy zwiedza po swojemu i ma inne odczucia. Ja się zakochałam w tej grze światła i dopracowanych detalach.
Niestety tam też przestał działać mój aparat, który wcześniej zaliczył lot ze stołu na chodnik. I to nie ja byłam sprawcą. Trochę mi to zepsuło dalszy spacer po Alhambrze.


Alicante
Tutaj Szymon miał swojego kolegę z Erasmusa, u którego postanowiliśmy odpocząć parę dni, wyprać ciuchy i ogólnie się ogarnąć. Należało nam się, po tych dzikich upałach.
Każdy miał do dyspozycji swój pokój, ale tak naprawdę w nocy była zabawa w "kto pierwszy zajmie kanapę w salonie" - tylko tam była klimatyzacja.


W Alicante spędzaliśmy czas leniwie, zwiedzając, albo raczej spacerując po ciekawszych miejscach, odwiedzając różne knajpy i spotykając się ze znajomymi Mikiego. Byłam zmuszona zacząć rozumieć hiszpański i używać portugalskiego, bo towarzystwo średnio posługiwało się angielskim, tylko jedna dziewczyna znała francuski. Ale jakoś poszło. Najważniejszy i tak jest uśmiech.


Odwiedziliśmy również bardzo ważne miejsce, jakim było centrum handlowe. Musiałam zakupić nowy aparat, bo jak można wrócić z podróży bez zdjęć? Mocno nieplanowany, spory wydatek, ale co zrobić?


Walencja
Tym razem mieliśmy odwiedzić moich znajomych z Erasmusa. Najpierw pochodziliśmy sami po najbardziej znanych miejscach w mieście. Z moimi Hiszpanami umówiliśmy się na piwo. Potem poszliśmy na długi spacer. Trochę byłam zła, że tak wspaniale dogadują się po hiszpańsku (Szymon biegle włada tym językiem) a ja muszę z kontekstu domyślać się o co im chodzi. Cóż, takie życie, jak się nie jest poliglotą. German zabrał nas również nad morze, gdzie mogliśmy się wykąpać. Dzień minął nam szybko, a nad ranem jechaliśmy dalej. I właśnie nad ranem oboje doznaliśmy ogromnego szoku. Szliśmy na dworzec dosłownie brodząc w stosach śmieci - puszkach, butelkach, opakowaniach po fast foodach, resztkach jedzenia. Były dosłownie wszędzie. Przyspieszyliśmy kroku, żeby ten obraz nie zamazał wspomnień z dnia wczorajszego.


Madryt
Może byłam już zmęczona upałem, ciągłym przemieszczaniem się, plecakiem. A może po prostu, po obejrzeniu wielu urokliwych miast Madryt nie rozłożył mnie na łopatki. Owszem, były piękne kamienice, łuki triumfalne, parki oferujące cień i trochę chłodu. Był też jeden z najdroższych noclegów. I były tłumy ludzi i samochodów. Nie było natomiast taniego, wegetariańskiego jedzenia. Nawet w sieciówce z wielką literą M, poza frytkami i deserami nie było niczego, co by nie zawierało mięsa. Myślę, że zmęczenie podróżą i swoim towarzystwem 24h na dobę przyczyniły się do całkiem konkretnej kłótni o zwiedzanie muzeum Prado. Powiem otwarcie, po wycieczkach, które narzucały zaliczanie kolejnych muzeów odczuwam wielką niechęć do tego typu miejsc. Wiadomo, są takie, które potrafią mnie zaciekawić. Są też takie, które należy zobaczyć dla przyzwoitości. Niestety to nie było to. Do Prado weszłam za darmo (dzięki Euro 26) i snułam się bezmyślnie między obrazami, korzystając z chłodu klimatyzacji. Niewiele zapamiętałam, bo miałam zwyczajnie dość chodzenia.
O wiele lepiej pamiętam wizytę w kinie. W hiszpańskich kinach puszczają filmy w oryginale z napisami, więc mogłam zrozumieć, o co chodzi. Szkoda tylko, że wybraliśmy "Antychrysta", na którego w życiu sama bym nie poszła, bo horrory omijam szerokim łukiem. Cały film przesiedziałam z ręką przed oczami i mocno się starałam, żeby nie krzyczeć. Inni nie mieli takich zahamowań.


Toledo i Segowia
Dwa jednodniowe wypady z Madrytu. W Toledo przede wszystkim zachwyciła nas starówka. Mogliśmy się poczuć trochę, jak w czasach średniowiecza. Tam trzeba po prostu pospacerować i chłonąć historyczny klimat.


W Segowii natomiast największe wrażenie zrobił na mnie ogromny, 30-to metrowy akwedukt idący środkiem miasta. Na pierwszy rzut, laickiego oka konstrukcja ma się dobrze i wcale nie jest zniszczona. Poza tym w miasteczku można podziwiać piękne kamienice i ciasne uliczki. Ma ono swój klimat, idealny do zgubienia się.



Porto
Podróż była długa i mieliśmy trochę szczęścia. Bilet Interrail obowiązywał tylko na Hiszpanię. Na dworcu, kiedy kupowaliśmy przejazd międzynarodowy pokazaliśmy nasz bilet, myśląc, że dostaniemy zniżkę na pierwszy etap - do granicy z Portugalią. A tu niespodzianka. Zapłaciliśmy tylko za miejscówkę, aż do samej Coimbry. Wczesnym porankiem zaleźliśmy się w moim ukochanym kraju.


Na dworcu poczekaliśmy chwilę na pociąg do Porto, do którego dojechaliśmy po południu. Standardowo najpierw znaleźliśmy nocleg, później prysznic i wieczorny spacer. Byłam w siódmym niebie, bo uwielbiam wszystko, co portugalskie - kawę, piwo, wino, jedzenie, ludzi, kamieniczki ozdobione płytkami (azulejos). Zachwycało mnie wszystko.


Nad osławione wybrzeże trafiliśmy następnego dnia. Pochodziliśmy niespiesznie nad rzeką. Wjechaliśmy windo - wagonikiem na most, poszwendaliśmy się po drugiej stronie, podziwiając widoki. Potrzebny nam był taki luźny dzień.


A co do jedzenia, to wybieraliśmy najmniejsze, wyglądające trochę, jak speluny lokale, w których nie było ani jednego turysty. I nie zawiedliśmy się, bo było pysznie.


Aveiro
Miejscowość zwana portugalską Wenecją. Znalazła się w naszych planach, ponieważ chciałam odwiedzić chłopaków z Magna Tuna Cartola (studenckiego zespołu muzycznego), których poznałam na Azorach, a później oni odwiedzili Warszawę. Nocowaliśmy najpierw w schronisku młodzieżowym. Później przygarnął nas jeden z chłopaków. Było jeszcze weselej.
W Aveiro można chodzić bez celu nad kanałami i po parkach, podziwiając cudne kamieniczki.
Wybraliśmy się też na plażę do Costa Nova, żeby zwyczajnie poleżeć na słońcu.


Wieczory spędzaliśmy z chłopakami z zespołu chodząc od baru do baru. Było przesympatycznie.
W kolejnym roku wróciłam do Aveiro, gdzie spędziłam trochę więcej czasu i lepiej poznałam miasto i okolice.

Lizbona
Tym razem wizyta w stolicy była ciut dłuższa, a mianowicie wystarczyło czasu na wieczorne zwiedzanie Alfamy. Najpierw, z pomocą naszych znajomych odszukaliśmy hostel, w samym centrum, nad rzeką. Stał się moim ulubionym hostelem i za każdym razem jak jestem w Lizbonie to tam nocuję: http://guesthousebeiramar.com
Ten jeden wieczór sprawił, że zakochałam się w Lizbonie bez pamięci. Nie wiem, czy to kwestia urokliwych kamieniczek, rozlewiska Tagu, pięknych widoków z miradouros, płynącej zewsząd muzyki Fado. Podobało mi się absolutnie wszystko. Dlatego póżniej, kiedy tylko trafiała się kolejna okazja leciałam do Lizbony, za towarzyszy mając różne osoby.


Nasza podróż skończyła się w tym, miejscu, w którym poniekąd zaczęła. Ostatnie chwile spędziliśmy na terenie Expo, siedząc w cieniu drzew. Po drodze na lotnisko zrobiliśmy zakupy (kawa, porto, vinho verde), modląc się, żeby butelki schowane do miękkiego plecaka wytrzymały podróż.

Było różnie, począwszy od męczącej pogody, skończywszy na naszych ciężkich charakterach. Ale tej podróży nigdy nie zapomnę. Daliśmy radę, mimo upału. Zobaczyliśmy kawał Europy. Działaliśmy dosyć spontanicznie i nigdy nie wylądowaliśmy na ulicy. Zawsze udało się znaleźć lepszy, lub gorszy nocleg. Każdy z nas przeżywał tą podróż inaczej, miał inne oczekiwania, ale myślę, że większa część z nich została spełniona.




3 komentarze:

  1. Super relacja z Waszej podróży :) Podziwiam za odwagę ...... też zawszę chciałam taką przygodę / wyprawę przeżyć ale z kilku względów nie mam możliwości. Zapraszam też do mnie https://malgorzata86-fotografie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To była niesamowita przygoda i będę ją wspominać długie lata. Szkoda, że nie masz możliwości, ale podróżować można na różne sposoby :)

      Usuń