×

Sztokholm - weekendowa wycieczka z wirusem

Pomysł pojawił się spontanicznie, w przerwie między zajęciami na studiach. Chęć wybrania się na krótki wypad do stolicy Szwecji wyraziło 6 osób. Pozostało tylko kupić bilety i zarezerwować hostel.
Niewiele było czasu, żeby przygotować się do zwiedzania miasta. Miałam zamiar zapoznać się z przewodnikiem w samolocie. Zresztą nie czułam się zbyt odpowiedzialna za ten wyjazd, bo wśród nas byli bardziej doświadczeni podróżnicy.
Podróż samolotem pierwszy raz w życiu przespałam. Nie wróżyło to niczego dobrego, bo w tamtych czasach zwykle siedziałam z nosem przy oknie i nie było mowy o zmrużeniu oka.


Dolecieliśmy do lotniska oddalonego około półtorej godziny drogi autobusem od stolicy. Krajobraz był iście bajkowy. Wszędzie biało. Nawet pas startowy był biały. W Szwecji nie używa się soli, a jedynie gruboziarnistego żwiru, którym posypuje się ulice.


Ja całą drogę z lotniska walczyłam z żołądkiem i wybawieniem dla mnie był moment dojechania na dworzec. Potem zawlekliśmy się do hostelu, przekopując przez zaspy śnieżne.
W naszym miejscu noclegowym szok - w drzwiach do pokojów nie ma zamków. Każdy może wejść naciskając klamkę. Nasze polskie umysły nie były w stanie tego zrozumieć. Pozostało nam zaufać wielokulturowej mieszance gości.


Dla mnie podróż tego dnia się skończyła. Padłam z wysoką gorączką na pierwsze z brzegu łóżko. Interesowała mnie tylko bliskość toalety. Rotawirus - przekleństwo osób pracujących z dziećmi w wieku żłobkowo - przedszkolnym. Nie byłam w stanie nigdzie wyjść, a dreszcze szarpały mną na prawo i lewo. Byle dożyć do następnego dnia.
Jednak nie ma tak łatwo. W nocy obudziło nas wycie alarmu, a strażacy organizowali ewakuację. Spędziliśmy mroźne chwile w środku nocy, na środku zasypanej śniegiem ulicy. Okazało się, że za tumany siwego dymu w hostelu odpowiada chińska zupka. A konkretnie jeden z gości zapomniał dolać wody do zupki i zamiast ją ugotować to uwędził sam makaron.


Następnego dnia odważyłam się pójść na spacer z resztą ekipy. Ubrałam się po zęby, bo dalej czułam się słabo i ruszyliśmy do metra. W Sztokholmie stacje są niezwykle kolorowe i wyglądają jak wydrążone w skale, trochę surowe.


 Wysiedliśmy w centrum i pokonując kolejne mosty spacerowaliśmy wąskimi, zasypanymi śniegiem uliczkami. Gdzieniegdzie siedziały trolle, tak uwielbiane w Skandynawii. Nie miałam siły chodzić za długo, więc zrobiliśmy odwrót do hostelu, żeby zjeść coś na kształt obiadu. Ceny w knajpach nie były na nasze, studenckie portfele.


W międzyczasie umówiłam się z wujkiem (bratem ciotecznym taty), którego nigdy wcześniej nie widziałam, a który bardzo chciał się spotkać.
Podjechał samochodem pod hostel i zabrał mnie na przejażdżkę po mieście. Opowiadał wiele historii związanych ze Sztokholmem i mogę, z ręką na sercu powiedzieć, że był lepszy od niejednego przewodnika. Tunelami przemieszczaliśmy się z wyspy na wyspę.


Wujek pokazywał mi ciekawsze miejsca, a ja słuchałam, co ma o nich do powiedzenia. Na koniec zabrał mnie do kawiarni i tam rozmowy przeszły na temat rodziny. Nie spodziewałam się tak serdecznego przyjęcia od osoby, której kompletnie nie znałam. To było miłe zaskoczenie. Na koniec dostałam torbę szwedzkich smakołyków, żeby przekazać rodzince.


Droga powrotna nie obyła się bez przygód. Nasz samolot miał jakieś problemy w Polsce, więc nas czekało kilkugodzinne koczowanie na lotnisku. Na szczęście, w ramach suweniru kupiłam karty do gry i jakoś nam minął czas.


Mimo, że w tak krótkim czasie nie da się zobaczyć zbyt wiele, to i tak bardzo nam się podobało.
W końcu nie każdy ma szansę zwiedzać szwedzką stolicę podczas zimy stulecia.


2 komentarze:

  1. Takie spontaniczne wypady są najlepsze, w szczególności ze świetną ekipą :)

    OdpowiedzUsuń