×

Norwegia - Workaway wśród fiordów

Na mojej liście marzeń, kilka lat temu wysokie miejsce zajmowały fiordy. Bardzo chciałam je zobaczyć. Ta chęć narodziła się podczas lekcji geografii - jedynym przedmiocie, na którym euforycznie pochłaniałam wiedzę. Wiedziałam, że klimat północy niekoniecznie sprzyja mojemu zamiłowaniu do palm, słońca i ciepłego morza, ale ciekawość była silniejsza. Tym bardziej, że nadarzyła się okazja, żeby zrobić to po kosztach.


Otóż kilka lat temu mieszkałam z dwójką współlokatorów - podróżników, którzy nie tak dawno wrócili z podróży do Azji, na stopa. Można było przewidzieć, że któregoś dnia pojawi się nowy pomysł na włóczęgę. I tak pod koniec lutego oświadczyli mi, że lecą do pracy do Norwegii. Nie pracy, za którą zarobią kupę pieniędzy, a potem wrócą i wybudują dom. To była praca wolontariacka na farmie, 100 km na północ od Trondheim.
Z jednej strony byłam trochę zła, że mnie zostawiają, zła że nie mogę jechać z nimi od razu, tylko muszę skończyć studia. Z drugiej strony co się odwlecze...


I tak w piękny, czerwcowy poranek, tuż po letniej sesji wpakowałam się do Polskiego Busa w kierunku Gdańska, z biletem w jedną stronę. Tam musiałam dojechać do lotniska (o ja głupia, wzięłam najdroższą na świecie taksówkę), z plecakiem ważącym ponad 30 kg (od Karolki dostałam listę odpowiednich zakupów, a poza tym miałam tam pracować ponad półtora miesiąca). 




Na gdańskim lotnisku byłam pierwszy raz, ale zgubić się tam nie da. Tylko nuda w razie opóźnień. 
Z całą moją miłością do tego jedynego w swoim rodzaju przewoźnika spodziewałam się ujrzeć na tablicy, że lot jest opóźniony. Nie zawiodłam się. Lot do Trondheim miał ponad 2 godziny opóźnienia. Cóż, złe dobrego początki.


Z lotniska odebrała mnie Karolina ze znajomym również będącym na Workaway'u. Był późny wieczór a dookoła jasno - przedziwne uczucie. Widoki były niesamowite! Groźnie wyglądające góry, do tego nieskazitelnie czysta woda, gdzieniegdzie jakieś gospodarstwa. Przykleiłam się do szyby i tyle było ze mną rozmowy.


W pewnym momencie, w miejscowości Røra zjechaliśmy na gruntową drogę mając po obu stronach las. Był bardzo gęsty i wysoki, a zieleń trochę ponura.
Gospodarstwo było spore. Pierwsze zobaczyłam kaczki, gęsi i kury. Dalej w zagrodzie stał groźny baran. W stodole dwie ogromne, kudłate świnie. Za domem swoją zagródkę miały prosiaki. Wyglądały jak przerośnięte parówki. 


Były też owce, ale pasły się daleko od domu, na ogrodzonym pastwisku, z którego czasem uciekały (zdarzało nam się je gonić, a potem uciekać przed nimi, kiedy się zezłościły). Gospodarzy akurat nie było, bo pojechali do Polski leczyć zęby, więc mieliśmy prawie tydzień bez nadzoru.


Zasady Workaway'a są proste. Za pracę, którą wskażą gospodarze mamy dach nad głową i jedzenie. Kieszonkowe na szaleństwa trzeba mieć swoje. Jak dobrze, że byliśmy w środku lasu, bo ceny w Norwegii są oszałamiająco wysokie.
Moim zadaniem w gospodarstwie było, przede wszystkim przygotowanie drewna na zimę (dzielenie pociętych kawałków na mniejsze szczapki i układanie w koszu). Mieliśmy do wszystkiego maszyny i trzeba było szybko się nauczyć ich obsługi.


Do tego karmienie zwierząt. Robiliśmy to na zmianę. Razem łapaliśmy uciekinierów (prosiaki, owce). Karolka zajmowała się kuchnią, ale od czasu do czasu przejmowaliśmy z Maćkiem pałeczkę i robiliśmy placki ziemniaczane, a ja raz na tydzień szarlotkę. 


Maciek i Aga przylecieli razem z gospodarzami. Trzymaliśmy wspólny, wegetariański front wciąż popijając yerbę. A w ramach pożywienia dla umysłu przeprowadziliśmy wiele ciekawych rozmów. Czasem były to zwyczajne dyskusje, czasem głęboko filozoficzne przemyślenia. Bardzo się cieszyłam, że są z nami w domu.
Aga zajmowała się ogrodem. Próbowała wyhodować trochę jadalnych roślin. Ale plony były marne. Roślinki były wysokie i wątłe i dawały bardzo małe warzywa i owoce. Nic dziwnego, skoro przez większość lata pogoda była zimna, deszczowa i wietrzna (przez dwa tygodnie lipca było siedem stopni!!!). Maciek zajmował się męską robotą i tak naprawdę nie wnikałam za bardzo co konkretnie robi.  


Trzy razy w tygodniu jeździliśmy do miasta po jedzenie. Jeździłam ja z Karolką albo Maciek z Agą. Ja i Maciek jako kierowcy super wehikułu - Suzuki Grand Vitary, który czasem się psuł. Jedzenie dostawaliśmy z marketu Rema 1000, za darmo. Oddawali to, co było po terminie, blisko terminu, lub było lekko uszkodzone. Pieczywo z piekarni obok centrum handlowego w Steinkjer. Po powrocie do Røry trzeba było to wszystko posegregować. Pieczywo na użyteczne i takie dla zwierząt. Tak samo warzywa, owoce, mięso, jogurty. Momentami to było najobrzydliwsze zajęcie, jakie kiedykolwiek miałam. Grzebanie w pleśni i zepsutym mięsie przyprawiało o gęsią skórkę. Nie mówiąc o tym, że uratowaną część produktów sami jedliśmy.


Największym plusem podczas mieszkania tam była bliskość lasu i cudne widoki. W każdym momencie, po wykonaniu przydzielonych zadań można było iść na spacer. Nawet w nocy, bo przecież tam ciągle było jasno. Można się było napawać panoramą gór i morza. Od czasu do czasu wprost ze ściany lasu wyskakiwało stado owiec. Śmialiśmy się że to dzikie, leśne owce.
Któregoś razu naszą polską czwórką poszliśmy w góry. Po drodze obtarły mnie buty, więc szłam na boso. Ale spokojnie, nasze góry były w całości pokryte miękką trawką, z pod której wylewała się woda. Napotkaliśmy chatkę dla zmęczonych wędrowców. 


W Norwegii sporo jest takich miejsc. W chatce toaleta, kominek z drewnem na opał, w pełni wyposażona kuchnia. Na upartego można tam spać. Zasada jest prosta - trzeba po sobie posprzątać, a zapasy jedzenia uzupełnić.



Innym razem pojechaliśmy na spacer dookoła jeziora. Tam znaleźliśmy małą wiatę z paleniskiem i widokiem na jezioro. Herbata zrobiona w takim miejscu smakuje zupełnie inaczej.


Kiedy zbliżały się moje urodziny, w drugiej połowie lipca, zaproponowałam, żeby się przejechać gdzieś daleko. Taką mam tradycję, że na urodziny nigdy nie ma mnie w domu. Choćbym miała pojechać gdzieś na jeden dzień, to pojadę. Zdecydowaliśmy się we trójkę, z Karoliną i pracującym z nami Bułgarem na podróż na stopa do Geiranger - najładniejszego fiordu na północy. To było jakieś 500 km w jedną stronę. 


Spakowaliśmy śpiwory, namioty, ciuchy przeciwdeszczowe i pewnego deszczowego poranka stanęłyśmy z Karolką na poboczu z wyciągniętym kciukiem. Znajomy jechał sam. We trójkę nasze szanse byłyby marne. 


Pozostając w kontakcie przesiadaliśmy z jednego środka transportu w drugi. Ciężko było kogoś zatrzymać, ale jak już się udało to przeloty były długie. O widokach pisać nie będę, bo to oczywiste że były niezwykłe.


We trójkę spotkaliśmy się w górach. Rozłożyliśmy namioty prawie na śniegu. Całą noc lało, więc nie było jak przygotować jedzenia na ciepło. Zapchaliśmy się czymś na sucho i poszliśmy spać. Nigdy, przenigdy nie zapomnę tej nocy. 


Najzimniejsza, kompletnie nieprzespana. Cały czas się trząsłam. Nie pomogło to, że włożyłam wszystkie ciuchy, jakie miałam (wtedy jeszcze nie królowały u mnie funkcjonalne ubrania z Decathlonu). Rano szybko wstałam, naciągnęłam na siebie nieprzemakalne spodnie, spakowałam się i w drogę. Reszta też się szybko zebrała. 


Tego dnia ciągle lało. A na dodatek droga była taka, że auta nie miały jak się zatrzymać. Dopiero po 15 km ktoś się zlitował. Musieliśmy przejechać przez przełęcz, wokół śnieg, a na dole... Najpiękniejszy fiord. To była nagroda za wszystkie niewygody. Nagrodą była też pralko - suszarka na kempingu. Mogliśmy znów mieć suche rzeczy!


Geiranger jest malutką miejscowością, bardzo turystyczną. Robią tu przystanki wielkie cruisery. Dziwne wrażenie, jak budzisz się rano, wystawiasz głowę z namiotu a tu ogromny statek prawie wjeżdża w pole namiotowe. 




Kiedy już byliśmy wyschnięci, najedzeni i umyciu wybraliśmy się na górski, bardzo błotnisty szlak, żeby podziwiać fiordy z góry. Błękitna woda, groźne, szare zbocza, trochę zieleni na dole, a dookoła kozy i lamy. 


Fantastyczny pokaz Matki Natury. Człowiek wypadał przy tym blado. Na dole pokręciliśmy się po sklepach, ale ceny powaliły nas na łopatki. Poprzytulaliśmy się do wszechobecnych norweskich trolli. A później zwyczajnie odpoczywaliśmy.



W drogę powrotną postanowiliśmy ruszyć busem, z przeprawą promową. Po drodze mijaliśmy punkty widokowe, na których autobusy robiły przerwy. Na dół zjeżdżaliśmy bardzo znaną drogą trolli z ogromną ilością ostrych zakrętów. 



W pierwszym większym mieście wysiedliśmy i znów liczyliśmy na moc kciuka. Ale nie tym razem. W jednym miejscu stałyśmy przez 5 godzin!!! W końcu poszłyśmy przed siebie. Straciłyśmy nadzieję, kiedy koło nas stanął Land Cruiser. Wskoczyłyśmy z radością. Po dwóch godzinach byliśmy w miejscowości, w której były tylko sklepy, stacje benzynowe i knajpy z fast foodami. 


Poczekaliśmy aż się zrobi noc i rozłożyliśmy namiot niedaleko cmentarza. W Skandynawii można stawiać namiot wszędzie (chyba że jest wyraźny zakaz) ale musi być zachowana odległość 150 m od najbliższego zabudowania. Jeśli chcemy w jednym miejscu być dłużej niż dwa dni musimy uzyskać zgodę właściciela. Następnego dnia ruszyliśmy dalej. Tym razem poszło lepiej, chociaż bez spaceru się nie obeszło. 


Najtrudniej było coś złapać w Trondheim. Musiałyśmy wyjść na autostradę i udawać że nie wiedziałyśmy że nie wolno tam stać. Dodam że tamtejsza autostrada wygląda jak nasza droga krajowa, można jechać max 100km/h a mandaty są kosmicznie drogie. Także nikt się nie spieszy. Udało nam się zatrzymać Anglika (kierowca z drugiej strony), który dowiózł nas prawie pod dom. Byłyśmy przeszczęśliwe, że wyprawa się udała.


Praca tam nauczyła mnie pokory, pracowitości, elastyczności. Poćwiczyłam sprinty ganiając świnki i owce. Dziękowałam niebiosom, że jestem wegetarianką. Poznałam fantastycznych ludzi, a dzięki rozmowom z nimi zaczęłam inaczej patrzeć na świat. Przeżyłam niezwykłą przygodę jadąc na stopa. No i widziałam wymarzone fiordy. 


Kiedy oddychałam pełną piersią nie groził mi żaden smog. Patrząc przez okno swojego pokoju nie widziałam żadnego człowieka. Jedynie łoś czasem się do nas przyplątał (swoją drogą łoś biegnący środkiem miasteczka to w Norwegii norma).


Cisza, spokój, czas na przemyślenie życia. A przy okazji tani sposób na zwiedzanie. Workaway jest na całym świecie. Wystarczy wejść na stronę poszukać odpowiedniego kierunku.

8 komentarzy:

  1. Norwegia jest piękna, ale bardzo surowa. Jeszcze mnie tam nie było, co jest dziwne, bo moja bliska rodzina tam mieszka. Wypad odkładamy na wiosnę i lato, i zawsze coś wyskakuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam bardzo Skandynawię. Jeżeli ktoś lubi ciszę, spokój i naturę to idealny wybór. Z pogodą gorzej, ale można sobie poradzić.

      Usuń
  2. Piękna podróż, do pozazdroszczenia! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawa podróż :) jak dla mnie trochę za zmino.. ale może kiedyś.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest zimno, nie będę ukrywać. Ale są też ciepłe ciuchy, które sprawdzają się w każdych warunkach ;)

      Usuń
  4. Fiordy jadly ci z ręki? Tak po pierwsze to Skandynawia to raczej niecodzienny kierunek jak dla ciebie. Dziwię się, że całkiem nie zamarzłaś :) a po drugie to my, w czasie wyprawy do Norwegii, w ramach oszczędności kupowaliśmy chleb z dnia poprzedniego, a w ramach podnoszenia poziomu cukru kilogramowe opakowania marcepanu. A raz w ciągu 3 tygodni zaszaleliśmy i zjedliśmy kawaleczek łososia. Te ceny są kosmiczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcepan jest pyszny! Jedzenie mieliśmy za darmo, ale nie chcę nawet o tym myśleć. Poza tym drogie jest wszystko. Jeśli chce się jechać samemu, to trzeba się dobrze zaopatrzyć.

      Usuń