×

Gozo i Malta na dziko

Chciałam polecieć na Maltę od dawna, bo słyszałam, że jest piękna. Dodatkowo są na nią tanie połączenia. Wychodzi to trochę drożej, kiedy trzeba przebookować termin, ale nie ma tragedii.
Malta miała być słonecznym odpoczynkiem po deszczowej Szkocji i raczej chłodnej Kopenhadze. Myślałam o jakimś małym hoteliku na wodą, leniwym opalaniu, pływaniu w morzu i ogólnie rzecz ujmując - odpoczynku. Towarzyszką mojej podróży miała być Aga, a później dołączył do nas Marek.
Wtedy plan trochę się zmienił. Z mojego spokojnego chilloutu zrobił się survival. Ja nie dam rady?


I tak w połowie maja wsiedliśmy w Gdańsku, w samolot tanich linii żeby wylądować po południu na Malcie. Już na lotnisku kupiliśmy bilet - Tallinja Card Explore na 7 dni, za 21 euro. Komunikacja miejska na Malcie i Gozo jest bardzo dobrze rozwinięta, odległości nie są duże, więc jedzie się szybko. Wyjątki to korki w godzinach szczytu, ale w tych czasach ciężko ich uniknąć w jakimkolwiek mieście.


Od razu pojechaliśmy autobusem X1 do promu płynącego na Gozo. Za prom płaci się tylko w drodze powrotnej, bo i tak nie ma innej możliwości transportu. Cena to około 5 euro. Płynie się jakieś 15 minut. Na Gozo wskoczyliśmy do autobusu jadącego wgłąb lądu, gdyż chcieliśmy zrobić zapasy w jedynym na wyspie Lidlu. Później, obładowani jedzeniem ruszyliśmy w stronę plaży Ramla. Problem w tym, że już robiło się ciemno. Niebo, początkowo ognisto czerwone, zasnuwało się mrokiem. Zeszliśmy z głównej drogi i wspinaliśmy się na wzgórza. Finał był taki, że namiot stanął pośród wielkich ostów, które całą noc szeleściły po tropiku, pobudzając naszą wyobraźnię.


Kolejnego dnia udało nam się dostać na Ramlę. Tam, mimo chmur i kilku kropli deszczu rozłożyliśmy się na ręcznikach, a niektórzy nieźle się przypiekli. Przez plażę przewijały się tłumy turystów. My czekaliśmy aż nasze potencjalne miejsce kolejnego noclegu opustoszeje. A była to jaskinia górująca nad plażą.


Żeby się tam dostać musieliśmy wspiąć się wąską ścieżką. Po zachodzie tłum zwiedzających zniknął i mieliśmy ją tylko dla siebie. Rozłożyliśmy karimaty i śpiwory, a Marek rozpalił ognisko. Widok był niesamowity, zarówno wieczorem, jak i o świcie. Niespodzianką było to, że silny wiatr zmienił kierunek i dał nam o sobie znać. Ja, profilaktycznie miałam ciepłe ciuchy i, w przeciwieństwie do moich towarzyszy, nie zmarzłam.



Rano zeszliśmy znów na Ramlę, żeby, na uśpionej jeszcze plaży skorzystać z prysznica z bieżącą wodą. Później się rozdzieliliśmy. Aga z Markiem poszli na spacer po klifach, ja zostałam z plecakami i oddałam się lenistwu, nad skalistym brzegiem morza. Kolor wody był przepiękny, fale rozbijały się z hukiem o klif, a słońce przyjemnie prażyło. Brakowało mi tylko drzew, na których można by rozwiesić hamak. Po lunchu, prosto z ogniska ruszyliśmy na kolejny shopping i dalej w kierunku nieistniejącego już Azure Window.


Na miejscu było jeszcze trochę ludzi, było WC i prysznic (ku mojej radości), wiał silny wiatr, a widoki przypominały te, rodem ze Star Wars. Skalista pustynia we własnej osobie, poprzetykana gdzieniegdzie kępkami traw. A w momencie, kiedy nie było drzew, ani krzaków, to wiatr hulał, jak szalony. Obłożyliśmy namiot głazami i modliliśmy się, żeby nie odleciał.




Tak samo ciężko było znaleźć cokolwiek na opał. Ewentualne patyki, albo resztki desek znajdowaliśmy idąc na długi spacer, a ich ilość pozostawiała wiele do życzenia. Ale, dzięki Markowi, kawa była co rano.
Miejsce tak bardzo nam  się spodobało, że zostaliśmy tam na dwie noce. W ciągu dnia był czas na opalanie, kąpiel w morzu i nawet wypad do miasta, po jedzenie.




Po dniu całkowitego lenistwa postanowiliśmy trochę się poruszać. Spakowaliśmy nasz dobytek do plecaków i ruszyliśmy szlakiem wzdłuż wybrzeża. Na początku trasa szła brzegiem klifu. My poszliśmy nie tą ścieżynką i trafiliśmy na drogę wśród kamieniołomów, która też była malownicza. Później staraliśmy się uciec z głównej drogi, gdzie wiatr chciał nas zdmuchnąć i trafiliśmy na pola. Nigdzie nie było żadnych oznaczeń. 


Marek poszedł na zwiad i dzięki niemu znaleźliśmy górską ścieżkę na zboczu klifu. Mimo, że nie aż tak stroma, to ze względu na swoją ekspozycję bardzo ciężka do przejścia. W pewnym momencie miałam wrażenie, że idę prosto w przepaść. Kiedy wyłoniliśmy się nad miasteczkiem Xlendi ludzie pokazywali nas sobie palcami. Ukazał się nam typowy maltański kurort nad zatoką - mała plaża, kąpieliska, knajpki, restauracje, hotele, hoteliki. Piękny widok. W tamtym momencie przypomniałam sobie, jak, w pierwotnej wersji miały wyglądać wakacje na Malcie i z żalem odkleiłam plecak od mokrusieńkich pleców. Ale wystarczył dobry obiad i deser, żeby humor mi wrócił.


Noclegu szukaliśmy idąc dalej szlakiem wzdłuż wybrzeża. Najpierw wybieraliśmy między polem, a drogą do pola, kiedy to Marek znalazł najpiękniejsze, według mnie miejsce. Znajdowało się ono nad ogromnym, pionowym klifem i pod półką skalną. Po zmierzchu nie było żywej duszy, a skała osłaniała nas od wiatru. Cisza, niebo pełne gwiazd, księżyc odbijający się w wodzie i małe ognisko. Nie ma nic bardziej romantycznego i piękniejszego od takich momentów. O poranku witali nas turyści hasłem: "What a perfect view!". Nie zaprzeczaliśmy...


Przyszedł czas, żeby wrócić na Maltę. Tam plan mieliśmy konkretny: Prom, później autobus do Popeye Village, gdzie spędziliśmy miło pół dnia, następnie sześciokilometrowy spacer na camping (autobus jeździ tylko w sezonie - czerwiec - wrzesień). 


Camping okazał się najgorszym miejscem do spania. Krwiożercze komary przypomniały o swoim istnieniu (Malta jest bardziej wilgotna od Gozo, o czym świadczy roślinność). Nasze miejsce do rozbicia namiotu okazał się sztucznym trawnikiem o niewielkiej powierzchni. Mimo, że była łazienka i ciepła woda bez limitu, to właściciel, który na wszystkim chciał nas oskubać zrobił czarny PR temu miejscu.


Następnego dnia powtórzyliśmy spacer do przystanku i pojechaliśmy do Valetty. Tam pokrążyliśmy po centrum, zjedliśmy najdroższy, podczas pobytu obiad i dalej ruszyliśmy do Mdiny.


Mdina mnie absolutnie zachwyciła. Nie zwiedzaliśmy niczego konkretnego. Kręciliśmy się po kamiennych uliczkach, dających przyjemny chłód. Wszystko tam było koloru piaskowego, a jedynym szaleństwem kolorowe okna i drzwi. Większość drewnianych drzwi ozdobiono wymyślnymi kołatkami. Miejsce numer jeden na mojej liście atrakcji na Malcie.



Dalej było już tylko lotnisko i koczowanie od wieczora do rana. Ale Polak potrafi. Wyjęłyśmy z Agą maty, śpiwory i poduszki, i spałyśmy, jak dzieci, kiedy Marek dzielnie czuwał.


Podsumowując, jeżeli ktoś lubi naturę, spokój i chciałby odpocząć to polecam Gozo. Jeśli woli zwiedzanie miasteczek, imprezy i ogólnie panujący chaos to Malta.
Dla mnie Gozo było oazą spokoju i miejscem, gdzie faktycznie mogłam odpocząć, usiąść na kamieniu, pogapić się w morze i poukładać myśli. Do tego bajeczne widoki karmiły duszę.
Bilety lotnicze są naprawdę tanie, z noclegami można pokombinować, więc lećcie odpocząć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz