×

Lizbona - i jeszcze jeden, i jeszcze raz...

Kolejny rok, kolejny wypad do Lizbony :)
Tym razem towarzyszyła mi siostra, która dość niedawno połknęła podróżniczego bakcyla. Chciała, żeby zabrać ją we w miarę bliskie, ale zapadające w pamięć miejsce. Wybór był prosty. Ona zobaczy piękne miasto, a ja naładuję baterie, ciesząc oczy moją wielką miłością.



Tak, jak dwa poprzednie razy (o których możecie przeczytać TUTAJ i TUTAJ) spałyśmy w hostelu Beira Mar, tuż przy Alfamie. Miejsce to przeżyło mały lifting, z bardzo dobrym skutkiem. Tym razem miałyśmy pokój z oknami wychodzącymi na wąską (szerokość rozłożonych ramion i kawałek) uliczkę, a wieczorami i w nocy słuchałyśmy koncertów muzyki fado z pobliskiej restauracji. W pokoju była łazienka, było czysto, chłodno, czyli wszystko, czego potrzebowałyśmy do szczęścia.


Trasa zwiedzania była mniej więcej taka, jaką zwykle odbywam z osobami, które są pierwszy raz w tym pięknym mieście. Jedyne, co mnie zszokowało to ilość ludzi. Po mieście przewalały się takie chmary turystów, że nie było mowy o znalezieniu miejsca w kawiarence nad Tagiem, czy też w bardziej popularnej knajpie. Nie lubię tłumów, więc próbowałyśmy od nich uciec. Szczytem wszystkiego było to, jak siadłyśmy na ławce, na jednym z punktów widokowych. Z racji remontu nie dało dość się do zbocza wzgórza, a plac otoczony był płotem. Ale co tam? Nieważne, że siedziałyśmy spożywając drugie śniadanie. Każdy jeden zwiedzający musiał bezceremonialnie wejść nogami na naszą ławkę, żeby zrobić zdjęcie. Dobrze, że nie kazali nam się przesunąć.


Dużo chodziłyśmy, nie da się ukryć. Magda momentami chciała mnie zabić. Po Alfamie spacerowałyśmy od jednego punktu widokowego, do drugiego. Przy okazji przejechałyśmy się tramwajem 28 (ale to nic przyjemnego w takim ścisku). Robiłyśmy dużo przerw na siedzenie i kontemplowanie. Najchętniej w cieniu, bo słońce prażyło bezlitośnie. Ulubionym miejscem do delektowania się portugalskimi wyrobami alkoholowymi stały się schodki i wyremontowane nabrzeże za Praca do Comercio w stronę stacji Cais do Sodre. Uwielbiałyśmy siedzieć i patrzeć na wodę, bez zerkania na zegarek.


Nie obyło się bez wizyty w oceanarium. Ale trzeba to było zaplanować we wczesnych godzinach, tuż po otwarciu. I tak były problemy, żeby dopchać się do każdego akwarium. Pomimo to, jak zwykle mi się podobało. Może krzyki dzieci nie do końca pasowały do spokoju wody i podwodnego świata, ale takie prawo dzieciaków. Potem przeszłyśmy się wzdłuż rzeki. Był spory odpływ, więc doznania zapachowe nie zachwycały, ale mimo wszystko szło się przyjemnie.


Równie wcześnie, co do oceanarium trzeba było wstać do Elevador da Santa Justa. Tam kolejka rośnie w zastraszającym tempie, ale widok zasługuje na cierpliwość. Panorama rozciąga się na całe miasto, a czerwone dachy kamienic dodają tyle uroku, że chce się wracać po takie sielskie widoczki.


Jednego dnia postanowiłyśmy skoczyć nad ocean, ale nie tylko do Estoril i Cascais. W związku z tym, że nie byłam jeszcze na najładniejszej plaży pod Lizboną, to wysiadłyśmy dużo wcześniej i przedreptałyśmy do Carcavelos. Faktycznie plaża okazała się niezwykle szeroka i piękna. Pełna była złocistego piasku. 



Tak mi się spodobało maszerowanie deptakiem, że przegoniłam Magdę parę ładnych kilometrów, aż w końcu dałam się przekonać, że możemy podjechać pociągiem do Casais, a w drodze powrotnej zrobić spacer. Miało być do stacji Estoril, a wyszło kawałek dalej, do Sao Pedro do Estoril. Nie wiem, ile przeszłyśmy, ale z luźnych obliczeń wynikało, że między 15, a 20 km. Siostra chciała mnie zabić.



Wracając z nad oceanu zajrzałyśmy jeszcze do standardowych punktów programu, czyli wieża Belem i pomnik odkrywców. Ludzi pełno, taras widokowy, na szczycie pomnika zapchany, ale widoki, jak zawsze piękne. Szybko uciekłyśmy do pociągu, bo nie chciało nam się przepychać wśród turystów.
Wolałyśmy posiedzieć i pokontemplować na naszych schodkach nad Tagiem.




W ramach robienia nowych rzeczy i odkrywania nowych okolic wybrałyśmy się tramwajem wodnym na drugi brzeg Tagu. Bardzo chciałam przepłynąć się turystycznym statkiem, ale nigdzie nie mogłam takowego znaleźć. Jedynie opcja yellow bus i yellow boat, której cena powalała, a wiem, że nie skorzystałybyśmy z yellow bus'a, bo wolę Lizbonę zwiedzać na nogach. Tak więc postanowiłyśmy, za niecałe 3 euro popłynąć nowoczesnym, bardzo szybkim promem do Montijo.


Miasto, jak miasto - typowa noclegownia Lizbony, ale obok rozciąga się niesamowita plaża, szeroka i piaszczysta. Jest tuż przy terminalu promowym. Przyznam, że my z niej nie skorzystałyśmy, bo słońce mnie sponiewierało. Miałam uczulenie wszędzie i zawinęłam się w chusty, niczym Muzułmanka. Zaskoczyła mnie wrześniowa Lizbona. Polecam wziąć ze sobą kremy z filtrem.
Zaskoczyły mnie również niesamowite tłumy. Jest dużo więcej turystów, niż kiedyś, bo coraz łatwiej i taniej da się tam dolecieć. Chyba zdążyliście zauważyć, że to moja ulubiona destynacja, do której z chęcią wracam, kiedy tylko pojawia się możliwość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz