×

Choroba morska, Jack Sparrow i karaibskie plaże

Hurra!!! Jedno z moich największych marzeń spełnione! Nawet siedząc w samolocie na Martynikę nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Dopiero, jak wyszłam z lotniska, zobaczyłam pierwsze palmy, wciągnęłam pachnące inaczej, gorące powietrze i spadły pierwsze krople ulewnego deszczu to uwierzyłam.


Nie czekałam, aż znajdzie się ktoś, kto będzie mi towarzyszyć, bo mogłabym czekać do późnej starości. Postanowiłam wziąć marzenia we własne ręce i zgłosiłam się na rejs z Yachtica Charter. Do yachticowych skipperów mam 1000% zaufania i zwyczajnie bardzo ich lubię, więc nie mogło być źle. Znaliśmy się z Chorwacji (Chorwacja z wiatrem we włosach).


Ruszaliśmy z mariny w Le Marin. Nie obyło się bez przygód. Po prawie 12 - to godzinnym locie linią XL (nie polecam) nie mieliśmy noclegu. Wyszliśmy z założenia, że rozłożymy się gdzieś w marinie i dotrwamy do rana. W momencie, kiedy dmuchaliśmy materace, a ja wiązałam hamak na słupach zjawił się ochroniarz. Nie pozwolił nam spać pod pizzerią, ale po krótkich negocjacjach dostaliśmy miejsce warte kilku gwiazdek - knajpę na świeżym powietrzu, a tam podłogę, ławkę i stół. Nie pogardziliśmy.


Nazajutrz załatwialiśmy sprawy organizacyjne - zakupy na cały rejs, odbiór techniczny katamaranu, odprawę celną. Zjawiła się również reszta załogi. Razem było nas 11 osób. Po nocy w porcie (spałam na siatce, na dziobie i było cudownie!) wypłynęliśmy na morskie wody, a tam... wielkie fale.
Może nie wszyscy by padli, gdyby nie biały rum, który wypiliśmy, po łyczku, w darze dla Neptuna.
Tak czy inaczej miotało nami na falach, które sięgały do 4 metrów, a w kokpicie leżały zwłoki ;) Dla wytrwałych nagrodą były wieloryby przepływające niedaleko naszego jachtu.
Nocą dopłynęliśmy do St. Lucii, żeby ruszyć dalej, o świcie, w cieniu wulkanów - Pitons'ów.


To był mój dzień, bo wyłączyliśmy autopilota i dostałam ster do ręki. Kurs na 210 stopni, obok Katholic Island. Pilnowałam się jak nigdy, żeby nie zboczyć z wyznaczonej na mapie trasy. 
Po południu dotarliśmy do St. Elizabeth na Bequii i tam poczułam prawdziwe Karaiby. Wreszcie usłyszałam moje ukochane Patois - dialekt karaibski (taki sam jak na Jamajce). Poszliśmy w miasto, żeby w sklepie wymienić euro na dolary karaibskie (Uwaga! Lepiej mieć dolary amerykńskie, bo tam 1 US = 1 euro). Dorwałam kokosa, którego pochłonęłam w tempie sprintera. A wisienką na torcie było WiFi w knajpie (internet nie jest tak oczywistą sprawą na tych boskich wyspach). Tą noc chciałam spędzić w hamaku przywiązanym do bomu, ale w połowie dosłownie wywiał mnie wiatr. Przeniosłam się do kokpitu, a wtedy lunął deszcz z tropikalną siłą. Na szczęście się nie rozpuściłam.


Dalsze dni to było żeglowanie przeplatane postojami na kąpiele, jedzenie i łowienie przepięknych ryb, których było mi szkoda. Najpiękniejsza była koryfena: morsko - złoto - zielono - srebrna. Wypływaliśmy wcześnie, żeby docierać do miejsc cumowania za dnia. Słońce było nieubłagane i o 18 chowało się za horyzont. W międzyczasie spacerowaliśmy po wyspach, robiliśmy wycieczki pontonowe, relaksowaliśmy się. Przy którymś przelocie towarzyszyło nam niewielkie stado delfinów, ścigające się z naszym statkiem.


Na wyspie Mayreau, poza boską plażą i palmami o przecudnej urodzie mieliśmy dodatkową atrakcję w postaci kolacji robionej przez tubylców. Każdy z nas dostał po połówce grillowanego lobstera. Kiedy już opracowałam, jak się do niego dobrać, to delektowałam się każdym kęsem. Mięsko było delikatne, niezbyt ostre - idealne.


Najwspanialszym miejscem podczas całego rejsu był park narodowy Tobago Cays, gdzie żyją setki żółwii. Jest tam kilka wysepek rozrzuconych przy rafie koralowej. Między innymi ta, na której Jack Sparrow został porzucony przez załogę Czarnej Perły. 


Niestety dojście do wyspy jest strzeżone przez groźne skały, więc woleliśmy podziwiać ją z daleka. Zresztą mieliśmy inne atrakcje: płetwy na nogi, maska z fajką na twarz i hop do wody - na spotkanie z żółwiami. To było coś absolutnie niesamowitego. To jedne z najpiękniejszych stworzeń żyjących w wodzie. Krążyłam to za jednym, to za drugim, trzecim, dziesiątym. Nie chciałam im przeszkadzać w jedzeniu trawy. Zresztą każdy prawdziwy nurek szanuje florę i faunę wodną i nie ingeruje w podwodny świat - tak powtarzał mi mój meksykański instruktor. 


Na Grenadzie poznałam niezwykłego człowieka. Postać znaną wśród prawdziwych żeglarzy, w tym naszych skipperów. Mowa o Andrzeju Placku, kapitanie jachtu Tiggy, którym ruszył w podróż dookoła świata, chcąc oddać hołd Leonidowi Telidze - pierwszemu polskiemu żeglarzowi, który okrążył glob. 


Andrzej jest bardzo ciekawą osobą, snującą opowieści niczym zawodowy gawędziarz i można go słuchać godzinami, z niesłabnącym zainteresowaniem. Kapitan podczas swojej podróży miał różne perypetie. Teraz, razem ze swoją kotką - Tosią, mieszka na Tiggy, na Grenadzie. 


O Andrzeju można przeczytać w internecie kilka artykułów: "Samotnie dookoła świata""Śladami Leonida Teligi". To był bardzo miło spędzony wieczór. O takich ludziach, poznanych w czasie podróży, się nie zapomina.


Kolejnym bardzo ciekawym  człowiekiem był Antek z Wallilabou. Jest on tubylcem prowadzącym bar, który dumnie nazywa "Polskim domem na Karaibach". Faktycznie Antoni mówi po polsku, czyta po polsku, w barze leci polska muzyka (m. in. Dżem). Jego gościnność jest również bardzo polska, a własnej roboty poncz rumowy dorównuje mocą polskim alkoholom. 
Z ciekawostek polski bar znajduje się w zatoczce, gdzie były nakręcane pierwsze sceny "Piratów z Karaibów", kiedy to kapitan Jack wpłynął na tonącym okręcie do portu, skąd ukradł kolejny okręt".
To bardzo malownicze miejsce. Po filmowej scenerii zostały zgliszcza, ale może to lepiej. Im mniej ingerencji człowieka, tym pejzaże są piękniejsze.


To, do czego musieliśmy przywyknąć (poza niebiańskim widokiem po przebudzeniu) to tubylcy walczący o klienta. Kiedy jacht zbliża się do bojki to wyrastają z pod wody chcąc pomóc przycumować się do bojki. Po takiej pomocy życzą sobie określoną sumę dolarów karaibskich. Zjawia się również właściciel bojki rzucając kolejną sumę. Potem czas na obwoźnych handlarzy owocami, warzywami, lodem, wodą, paciorkami. Z każdym trzeba się targować i nie dać się oszukać. Może nie jest to najprzyjemniejszy element podróży w te rejony, ale da się przyzwyczaić.


A tak wyglądała trasa naszego rejsu:
1. Start: Martynika, marina Le Marin
2. St. Lucia, Soufriere
3. St. Vincent i Grenadyny, wyspa Bequia, Port Elizabeth
4. St. Vincent i Granadyny, wyspa Mayreau
5. St. Vincent i Grenadyny, Tobago Cays
6. Grenada, St. George
7. Grenada, wyspa Sandy Island
8. St. Vincent i Grenadyny, wyspa St. Vincent, Wallilabou
9. St. Lucia, Marigot Bay
10. Martynika, Le Marin


Spełniłam jedno ze swoich największych marzeń, poznając wielu, fantastycznych i ciekawych ludzi. Pejzaże, które przesuwały się niczym film przyrodniczy i zwierzęta zamieszkujące morze na zawsze zostaną w mojej pamięci. Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Uświadomiłam sobie, że jeżeli ma się marzenie, to nie należy patrzeć się na innych i na siłę szukać towarzysza. Chcesz coś zrobić, zrób to sam. A towarzystwo znajdzie się na miejscu. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz